Prof. Maksymowicz: ustawa o sieci szpitali to krok do tyłu

13 Marca 2017, 14:52

Co dla pacjentów oznacza wdrożenie sieci szpitali? Czy powrót do budżetowego finansowania, to dobry pomysł? Czy zwiększenie nakładów na zdrowie, to wystarczająca recepta na poprawę sytuacji w ochronie zdrowia? Między innymi o tym rozmawiamy z prof. Wojciechem Maksymowiczem, neurochirurgiem, byłym ministrem zdrowia.

PZ: Napisał Pan i wdrożył pierwszą po ’89 roku reformę systemu opieki zdrowotnej. Jak ocenia Pan najnowszą koncepcję funkcjonowania tego sektora zawartą w ustawie o sieci szpitali?

Prof. W. Maksymowicz: Od dłuższego już czasu jest trend i chęć zlikwidowania wszystkiego co było. Reforma z 1999 r. była transformacją systemu, w którym wszyscy w służbie zdrowia zarabiali mało i byli niezadowoleni. Trzeba było odejść od fikcji nazywania opieki zdrowotnej bezpłatną oraz sytuacji wiecznego niedoboru pieniądza w systemie. Do ówczesnej zmiany przygotowywaliśmy się kilka lat. Analizowaliśmy rozwiązania funkcjonujące w innych krajach. Dużego wsparcia merytorycznego udzielili nam Amerykanie i Niemcy, których system funkcjonuje z pewnymi modyfikacjami od 1870 roku. Celem pierwszej reformy była rzeczywista poprawa sytuacji zarówno lekarzy jak i pacjentów, a nie zmiana dla samej zmiany.

Jednym z moich ówczesnych głównych doradców był obecny wiceminister zdrowia Piotr Gryza. Jego wiedza i doświadczenie z obszaru finansów i ubezpieczeń pozwoliły zaprojektować system, w którym pojawił się prywatny sektor. Stworzyliśmy system mieszany, budżetowo-ubezpieczeniowy. Niestety, stopniowa deformacja tego modelu przez kolejne rządy była konsekwencją sytuacji, w której słabi politycznie ministrowie zdrowia ustępowali ministrom finansów.

Obecny projekt ustawy o sieci szpitali jest w poprzek idei konkurencyjności, likwiduje mechanizmy konkursów. Już ustawa o NFZ ministra Łapińskiego była pierwszym krokiem w tę stronę. Generalnie uważam, że powód zmiany jest jeden – pieniądze, centralizacja kontroli ich wydatkowania. To najprostszy sposób na utworzenie swoistej rezerwy na finansowanie kosztem ochrony zdrowia potrzeb z innych obszarów.

PZ: Zbilansowany ekonomicznie model ochrony zdrowia, to kwestia wyłącznie ilości pieniędzy czy sposobu ich dystrybucji? W ciągu dekady Polska podwoiła wydatki na służbę zdrowia, a ciągle pojawia się argument, że pieniędzy jest za mało…

Prof. W. Maksymowicz: To częste powtarzanie jak mantra hasła, że nie ilość pieniędzy, ale organizacja to fetysz kolejnych rządzących polityków bez względu na polityczne barwy. Jedynie w sytuacjach skrajnych - strajków, okupacji urzędów, szpitali, odchodzenia od łóżek chorych - politycy miękną i deklarują zwiększeni nakładów – ale to i tak potem nie jest realizowane, albo jest realizowane fragmentarycznie. Jestem przekonany, że w dojrzałych systemach – a polski jeszcze taki nie jest - ważna jest zarówno ilość pieniędzy i sposób ich wydatkowania. Żyjemy w świecie otwartych granic, w dobie internetu. Ludzie widzą jak jest gdzie indziej i mają dysonans poznawczy oraz rosnące oczekiwania. W tej sytuacji możliwości są dwie – trzeba albo uczciwie powiedzieć ,,nie stać nas na to” w tych realiach finansowych, albo zwiększyć składkę. Ale taka szczerość w polityce, gdzie pieniądz jest jednym z kluczowych narzędzi sprawowania władzy, może oznaczać spadek popularności w sondażach opinii publicznej. A jest tez przecież parę innych możliwości kształtowania rynku. Przykładowo gdyby rząd PO był rozsądny, to w sytuacji zwiększonego zapotrzebowania na niektóre usługi zamiast sprzeciwiać się umowie otwarcia granic na usługi zdrowotne stworzyłby warunki, aby wykorzystać popyt i wygenerować podaż. Skoro Polacy masowo jeżdżą do Czech operować na koszt NFZ zaćmę to dlaczego Polska nie mogłaby się stać swoistym zagłębiem w jakimś segmencie usług medycznych?

PZ: Z czyjej perspektywy została napisana ustawa o sieci szpitali?

Prof. W. Maksymowicz: Na pewno nie pacjenta. Budżetowa służba zdrowia to powrót do PRL-u. Czas oczekiwania się zwiększy, problemem stanie się nocna pomoc medyczna, szczególnie poza dużymi miastami. Dotychczasowy system pozwalał mierzyć siły na zamiary i egzekwować nie tylko ilość usług, ale także ich jakość. To pacjent decydował gdzie chce być operowany, czyli de facto gdzie trafią pieniądze z tytułu jego leczenia. To motywowało. Planowana zmiana burzy w całości to podejście. ,,Budżetowy” model spowoduje, że szpitale będą otrzymywać ryczałt za bycie, za liczbę łóżek a nie za liczbę pacjentów. I nie zmieni tego żadna ustawa o jakości. Wręcz twierdzę, że dostępność się pogorszy. W interesie szpitala będzie unikanie pacjentów ze skomplikowanymi schorzeniami, których leczenie będzie kosztowne. Pacjent znów będzie kosztem, a nie źródłem przychodu. To krok do tyłu. 

Ta reforma nie jest też – a powinna być – żadną odpowiedzią na nadchodzące wyzwania demograficzne. Społeczeństwo się starzeje, a liczba osób starszych, często wymagających długoterminowego leczenia, to według danych - ponad 7 mln. A będzie coraz gorzej i drożej. Dane Eurostatu pokazują, że w 2020 r. osoby po 60. roku życia będą stanowić blisko 25 proc. ludności polskiego społeczeństwa. Trzeba mieć świadomość, że więcej niż połowa dalszego życia obecnych 65-latków będzie czasem choroby, uporczywych terapii, hospitalizacji, wydatków na leki, często niezdolności do samodzielnej egzystencji, co skutkuje koniecznością organizowania opieki i jej finansowania.

PZ: Kraje w takiej sytuacji jak nasza – np. Niemcy - prowadzą od dawna racjonalną politykę senioralną. Gdy my  wdrażaliśmy w ’99 roku reformę zdrowia Niemcy wprowadzili do systemu obowiązkowe ubezpieczenia pielęgnacyjne. I było no ta przyzwolenie społeczne.

Rządzący powinni mieć świadomość, że ponoszą odpowiedzialność za realną perspektywę  za minimalizowanie oczywistych ryzyk. We współczesnej Polsce doraźne cele polityczne skoncentrowane na pozyskiwaniu wyborców biorą górę nad myśleniem o społeczeństwie jako całości. Zamiast wykorzystać poparcie uzyskane w wyborach do przeprowadzenia najtrudniejszych decyzji to rozdaje się pieniądze bez zróżnicowania kryteriów zasadności ich przyznania.

PZ: Póki co słychać tylko protesty paru ekspertów i sektora prywatnego, który sprzeciwia się ustawie, bo reforma z założenia przekierowuje główny strumień pieniądza do sektora państwowego. Jednak zmniejszona dostępność paradoksalnie może spowodować oblężenie prywatnych placówek….

Prof. W. Maksymowicz: „Publiczna powszechność” może obniżać jakość usług, wydłużać czas oczekiwania na ograniczone limitami świadczenia, itp. I to z pewnością spowoduje wzrost zainteresowania prywatnymi abonamentami gwarantującymi szybki dostęp do lekarza rodzinnego, który wypisze receptę na określony lek. Jednak w ramach tego ubezpieczenia nie da się zapewnić skomplikowanych operacji serca. Odpowiedź na pytanie: prywatny czy państwowy model systemu opieki medycznej jest złożona i powinniśmy uważać na skrajne propozycje, bo każda ma swoje dobre i złe strony.

PZ: Reforma wymaga wiedzy, ile rzeczywiście kosztuje cała ochrona zdrowia oraz systemu informatycznego zbierającego dane o każdym pacjencie i rejestrującego wszystkie wykonane usługi. W wielu krajach idealnie sprawdziła się zasada wyposażenia obywateli w elektroniczną kartę, na której zapisuje się wszystkie czynności medyczne, jakim podlegają. Może to dobry sposób na uszczelnienie systemu?

Prof. W. Maksymowicz: Niestety, pilotażowy projekt elektronicznych kart pacjenta wprowadzony na Śląsku nie został dokończony w skali kraju. Barierą były podobno koszty czytników – o ile uwierzyć ówczesnym oponentom tego rozwiązania z Ministerstwa Finansów. Na informatyzację systemu zdrowia wydatkowano poprzez fundusze unijne mnóstwo pieniędzy i proces cały czas trwa. Pytanie jaki sens będzie mieć taki system śledzenia pacjentów, gdy z założenia wszystkich obejmiemy ubezpieczeniem – nawet tych, którzy na stałe wyjechali za granicę. A szacuje się, że jest to 2,5 mln ludzi. I za te ,,martwe dusze” szpitale tez otrzymają ryczałt. To kwota 0,5 mld zł, która będzie płacona de facto za nic.

PZ: A telemedycyna jako nowa jakość dostępności do specjalistów i współpracy lekarzy różnych specjalności czy koordynacji procesu leczenia pacjenta?

Prof. W. Maksymowicz: To nie jest narzędzie które nas zrewolucjonizuje, choć z pewnością może poprawić opiekę pooperacyjną. Zdecydowanie warto pochwalić pilotażowy program telekonsultacji medycznych Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Pamiętajmy jednak, że aby to zadziałało na szersza skalę społeczeństwo też musi zmienić nawyki. Wpierw konsultacje telefoniczne, dopiero potem w uzasadnionych przypadkach wizyta u lekarza. W wielu krajach to działa i się sprawdza, to skuteczna metoda eliminowania sytuacji, w których wizyta u lekarza ma charakter towarzyski. Szczególnie, gdy dodatkowo trzeba by było jeszcze ponieść choćby symboliczną opłatę. To proces kulturowy, wielopokoleniowy.

PZ: Czy minister zdrowia musi być lekarzem?

Prof. W. Maksymowicz: Jeśli jest fachowcem mającym odwagę podejmować trudne decyzje – to dlaczego nie? Uważam, że jednak rzeczywista znajomość materii jest konieczna by móc dokonywać istotnych zmian – w każdej branży. Odrębną kwestią jest umiejętność nie bycia zakładnikiem interesów środowiska, z którego się pochodzi i do którego potem się wraca. Ale to jest właśnie ta odpowiedzialność i patrzenie w perspektywie dekad a nie kalendarza wyborczego.

Rozmawiała Lucyna Roszyk

Foto: umw.edu.pl

Dziękujemy! Twój komentarz został pomyślnie dodany i oczekuje na moderację.

Dodaj komentarz

Przeładuj