Prof. Heitzman: trzeba odejść od XIX-wiecznego modelu psychiatrii

24 Marca 2017, 11:48

Niewystarczającej i zdekapitalizowanej bazie lecznictwa psychiatrycznego w Polsce bliżej jest do zaniedbanych azylów i lazaretów niż - tak jak to ma miejsce w większości krajów UE – do nowoczesnych i przyjaznych instytucji opieki środowiskowej wtopionej w lokalne społeczności – mówi w rozmowie z nami prof. Janusz Heitzman, Członek Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Psychiatrii Sądowej, dyrektor Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.

PZ: Panie Profesorze 6 tysięcy samobójstw rocznie w Polsce, to dużo?

Prof. Janusz Heitzman: Dużo. To dwukrotnie więcej niż ginie w wypadkach komunikacyjnych. Rocznie na świecie 800 tys. osób popełnia samobójstwo, w całej Europie jest to 58 tys. W tym kontekście Polska jest pośrodku, ale liczba ta stale od 2014 roku rośnie. Oczywiście to dane zebrane przez Komendę Główną Policji, a mamy jeszcze tzw. szara strefę, w ramach której rzeczywista liczba samobójstw, można podejrzewać, że jest dwukrotnie większa. To zgony w wyniku nieudanych prób samobójczych, które kończą się długotrwałym cierpieniem, czy kilkoma dniami agonii np. w wyniku zatrucia, obrażeń pourazowych itp.

PZ: Jaka jest kondycja psychiczna Polaków?

Prof. Janusz Heitzman: Zła. Wzrasta liczba zachorowań na choroby psychiczne, i to nie tylko te związane z psychozami, są to też zaburzenia snu, zaburzenia adaptacyjne, zaburzenia lękowe, somatyzacyjne. To efekt wielu czynników - żyjemy w świecie nadmiaru informacji, które często są sprzeczne, język różnych telewizji wywołuje dezorientację. Nie wiedząc jaka jest prawda coraz trudniej podejmować nam decyzje i odczuwać komfort psychiczny.

PZ: Zbiorowy syndrom wyuczonej bezradności?

Prof. Janusz Heitzman: Tak. W Polsce narasta poczucie indywidualnej słabości psychicznej i bezradności wobec zagrożeń wynikających z braku poczucia ekonomicznej i ustawowej stabilności. Żyjemy w stałym poczuciu niepewności zawodowej i pracowniczej - to rodzi u nas przekonanie o nietrafności życiowych wyborów, o nieprzydatności zdobytego wykształcenia i umiejętności.

PZ: Czego najbardziej się obawiamy?

Prof. Janusz Heitzman: Najbardziej obawiamy się o stabilizację – pracę, bezpieczną starość, a co się z tym wiąże emeryturę. Lękamy się ciągłych zmian – przepisów, zwyczajów, ustaw. Choćby teraz doświadczamy rewolucji systemu prawnego, czy tzw. dobrej zmiany, która nie wiadomo jak długo potrwa i jak długo będzie ,,dobra”. W zasadzie paradoksalnie można stwierdzić, że jedyną obecnie stałą rzeczą jest zmiana…

PZ: No, ale zmiana w odniesieniu do Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego już tak rewolucyjna nie jest…

Prof. Janusz Heitzman: Od kilku dekad trwają prace nad zreformowaniem systemu pomocy psychiatrycznej w Polsce.  Niewystarczającej i zdekapitalizowanej bazie lecznictwa psychiatrycznego w Polsce bliżej jest do zaniedbanych azylów i lazaretów niż - tak jak to ma miejsce w większości krajów UE – do nowoczesnych i przyjaznych instytucji opieki środowiskowej wtopionej w lokalne społeczności. Złudnym jest myślenie, że poprzez zwiększone spożycie leków psychotropowych i częstsze zamykanie chorych w szpitalach psychiatrycznych poprawi się kondycja psychiczna obywateli. Trzeba odejść od XIX wiecznego modelu izolacji pacjenta w szpitalu na rzecz nowoczesnego leczenia, czyli finansowania leków o długotrwałym działaniu, które pozwolą mu na sanację we własnym środowisku.

PZ: Co warunkuje skuteczne wdrożenie Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego?

Prof. Janusz Heitzman: Są trzy podstawowe kwestie, o których napisaliśmy też w liście do Pani Premier. Pierwsza to ustanowienie pełnomocnika w sprawie pilotażu Programu - taką rolę może pełnić Instytut Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Po drugie wpisanie konkretnych kwot, o które budżet służby zdrowia ma się powiększyć w celu zapewnienia kompleksowej i powszechnie dostępnej opieki nad zdrowiem psychicznym – dziś lecznictwo psychiatryczne jest niedofinansowane na poziomie 30%. To oznacza zadłużanie się szpitali. I wreszcie z przepisów powinno wynikać, że jest tylko jedna jednostka odpowiedzialna za wdrożenie reformy - minister zdrowia, w zakresie stworzenia warunków do przyjęcia odpowiedzialności terytorialnej za stan zdrowia psychicznego na obszarze powiatu czy dzielnicy, którą będzie realizować Centrum Zdrowia Psychicznego. Dzisiaj obserwujemy drastyczne nierówności w dostępie do publicznej opieki zdrowotnej. W zakresie np. opieki kardiologicznej choremu należy się wszystko to, co najlepsze i najnowocześniejsze, gdy ma problemy psychiczne i zagraża mu śmierć samobójcza nie należy mu się nic poza szpitalną izolacją, często w strasznych warunkach, do których robi się tzw. „dobrą minę”.

PZ: Dlaczego ten Program jest tak ważny?

Prof. Janusz Heitzman: Od dwóch dekad w Polsce zwiększa się liczba osób potrzebujących pomocy w zakresie zdrowia psychicznego. Obecnie ok. 1,5 mln obywateli regularnie zgłasza się do placówek lecznictwa psychiatrycznego, a ok. 40 proc. obywateli odczuwa w ciągu życia potrzebę psychiatrycznej i psychologicznej pomocy. Po ’89 roku o 73 proc. wzrósł wskaźnik osób zgłaszających się z zaburzeniami psychicznymi do opieki ambulatoryjnej, a o 41 proc. wzrósł wskaźnik wymagających opieki całodobowej. Tygodniowo do statystycznej poradni zgłasza się około 100 pacjentów. Równocześnie z badań wynika, że 10 proc. młodzieży do 18 lat wymaga opieki i pomocy psychiatryczno-psychologicznej.

Załamanie się indywidualnej i grupowej odporności psychicznej, rozwijanie poczucia bezradności i osamotnienia jednostek w obliczu zagrożeń może doprowadzić do zahamowania rozwoju ekonomicznego, kulturowego i cywilizacyjnego. Badania stopnia zadowolenia z życia lokalizują Polskę na najniższych pozycjach w UE, a wsparcie psychospołeczne w naszym kraju jest relatywnie ubogie. W obliczu tych realiów dalsze nieuzasadnione wstrzymywanie wdrożenia Programu będzie świadczyć jedynie o niedojrzałości, krótkowzroczności i egoizmie elit politycznych co powtarzamy już od wielu lat.

Rozmawiała Lucyna Roszyk

Dziękujemy! Twój komentarz został pomyślnie dodany i oczekuje na moderację.

Dodaj komentarz

2 komentarze

Ewa Środa, 10 Maja 2017, 20:53
25% samobójców to ludzie zaraz po hospitalizacji i silnych dawkach leków anty-psychotycznych i/lub antydepresyjnych bez pomyślunku serwowanych w placówkach szpitalnych. Lobby farmaceutyczne jest tak silne, że psychiatrzy mają w głębokim poważaniu to, czy zabiją parę osób, czy też upośledzą je intelektualnie i emocjonalnie do tego stopnia, że te osoby nie będą w stanie normalnie funkcjonować. Niestety nie ma regulacji prawnych, które skutkowałyby w nakładaniu odpowiedzialności prawnej na psychiatrów. Jedna z niewielu specjalizacji (o ile nie jedyna) w ramach której lekarz może robić co mu się żywnie podoba i nie ponosić z tego tytułu żadnych konsekwencji!

Leki anty-psychotyczne stosowane przez psychiatrów w ogromnej większości zaburzeń psychicznych zwiększają prawdopodobieństwo wystąpienia epizodów choroby i idącej za tym - hospitalizacją. Prawdopodobieństwo to jest wprost proporcjonalne, więc w skrócie ujmując - im dłużej przyjmowane są leki anty-psychotyczne, tym częstotliwość pobytów w szpitalu jest większa, a wielu lekarzy w wielu przypadkach sprzedaje pacjentom teorie, że ich zaburzenie jest choroba na całe życie. Niestety ze względu na lobby firm farmaceutycznych publikacje na ten temat dostępne są dla bardzo wąskiego grona.

Psychiatrzy i leczenie w placówkach szpitalnych jest odpowiedzialne za śmierć WIELU ludzi!

Większość lekarzy psychiatrów to kryminaliści.

crystalmaze390@gmail.com
tt3 Poniedziałek, 08 Maja 2017, 1:13
"Trzeba odejść od XIX wiecznego modelu izolacji pacjenta w szpitalu na rzecz nowoczesnego leczenia, czyli finansowania leków o długotrwałym działaniu, które pozwolą mu na sanację we własnym środowisku."
Leki o dlugotrwalym dzialaniu to leki podawane raz na miesiac w formie zastrzykow. Nie ma to wiele wspolnego z psychiatria srodowiskowa, ktorej jednym z postulatow jest leczenie malymi dawkami, czasem bez stosowania lekow. Leki, o ktorych finansowanie apeluje profesor sa bardzo wygodne dla lekarza. Pacjent traci jakakolwiek szanse na to, by sie obronic przed substancjami, ktorych czesto jedynym stukiem jest zniszczenie calego organizmu.