M.Gałązka-Sobotka: System ochrony zdrowia w finansowym korku

08 Sierpnia 2017, 10:57

Optymistyczne prognozy przychodów NFZ na 2018 r. oraz kolejne lata wskazują, że środki na świadczenie zdrowotne będą rosły o 7,4% już w następnym roku, a w kolejnych trzech o ponad 5%. Niestety przyrost ten w żaden znaczący sposób nie zmienia naszej tragicznej sytuacji w zakresie udziału środków publicznych w finansowaniu ochrony zdrowia, który wciąż plasował się będzie na poziomie ok. 4,5% PKB. Co to oznacza dla przeciętnego Polaka? Niestety, że pomimo wielu systemowych zmian, niewiele zmieni się dla niego na lepsze. Należy dodać, że jest to prognozowanie w wariancie optymistycznym, bowiem jest prawie pewne, że poziom dostępności do świadczeń będzie się zmniejszał, kolejki będą rosły, a pacjenci chcąc nie chcąc, w walce o swoje zdrowie, będą coraz częściej sięgać do własnej kieszeni. Dane NFZ pokazują, że w wielu obszarach czas oczekiwania na świadczenia rośnie. Wszystko wskazuje na to, że nadszedł czas na odważne decyzje polityczne w zakresie zwiększenia finansowania ochrony zdrowia i nie za dwa, czy trzy lata, ale już teraz.

Ktoś zapyta, skąd ten pesymistyczny pogląd w kontekście tak dobrych danych? Przecież w planie na 2018 r. widzimy, że koszty realizacji świadczeń zdrowotnych mają być na poziomie 78 582 654 zł. czyli o 5,98% wyższe niż w 2017 r. (według planu zmienionego w lipcu 2017 r.). Niebagatelna kwota 4,4 mld zł więcej może dać nam gwarancję oddechu? Niestety nie jest to takie proste, znaczący bo prawie 5% wzrost wydatków na świadczenia odnotowaliśmy już w 2016 r. Tymczasem w analizowanym okresie liczba świadczeń/porad/hospitalizacji wzrosła w lecznictwie szpitalnym o 1,2%, w POZ o 2,6%, zaś liczba pacjentów objętych opieką zwiększyła się odpowiednio o 0,4% i 0,9% w porównaniu do 2015 r. W tym samym czasie nastąpiło ograniczenie dostępu do świadczeń, mierzone liczbą porad i liczbą obsłużonych pacjentów w ramach Ambulatoryjnej Opieki Specjalistycznej, która w badaniach jest obszarem największego zapotrzebowania Polaków. To tutaj mamy największe kolejki, a z drugiej strony przekonanie, że to właśnie konsultacja specjalistyczna i procedury ambulatoryjne mają najwyższą efektywność medyczną oraz ekonomiczną.

Przyczyn tego stanu rzeczy musimy upatrywać w rosnących kosztach wytwarzania usług zdrowotnych, mających swe źródło w rosnących kosztach wynagrodzeń personelu medycznego i niemedycznego oraz rosnących cenach usług zewnętrznych nabywanych przez placówki lecznicze. Zmniejszanie siły nabywczej pieniędzy przeznaczanych przez NFZ na świadczenie będzie postępowało w konsekwencji dalszych oczekiwań płacowych w sektorze zdrowia i w sektorach wspierających.

W kleszczach rosnącego zapotrzebowania na usługi medyczne i zmniejszonej siły nabywczej środków, które dzisiaj wydajemy na zdrowie, rośnie frustracja pacjentów i nieufność do polityków, którzy po raz kolejny rozprzestrzeniają wizję lepszego jutra łudząc nas i siebie, że przy tak małym finansowaniu rzeczywiście uda się poprawić sytuację polskiego pacjenta. Nie ma złudzeń, że publiczny płatnik nie udźwignie kolejnych kosztownych reform i nie sfinansuje ich wdrożenia bez uszczerbku na interesie pacjenta, nie mając dodatkowego zasilenie finansowego. Z badania opinii przeprowadzonego na zlecenie Pracodawców RP wynika, że 77% badanych podziela powszechną opinię, że obecne nakłady na publiczną służbę zdrowia w Polsce nie są wystarczające do tego, żeby funkcjonowała ona w taki sposób, aby pacjenci byli z niej zadowoleni. Niestety obietnica wzrostu wydatków publicznych już w 2018 r. do poziomu 4,74%, złożona nam przez Ministra Zdrowia w dokumencie strategicznym pt. Narodowa Służba Zdrowia nie znalazła ostatecznie pokrycia w planach Ministerstwa Finansów. Dzisiaj resort odsuwa punkt zmiany nakładów na niedoprecyzowany termin, mówiąc o perspektywie 6% PKB do 2025 r. Skąd ta wstrzemięźliwość? Czy tylko chodzi o pieniądze, których brakuje w budżecie na kolejne wydatki, czy przekonania, że decyzja o wzmocnieniu sektora ochrony zdrowia to efektywna inwestycja w rozwój społeczny, gospodarczy, ale również w kapitał polityczny. Trudno bowiem nie zauważyć, że w przytoczonych badaniach prawie 39% respondentów wskazała, że jest skłonna do zwiększenia swojej daniny w postaci składki zdrowotnej, ale tylko pod warunkiem, że przyniesie to realną, odczuwalną poprawę jakości i dostępności do leczenia, innymi słowy skróci kolejki. Ale aż 88% pytanych Polaków popiera zwiększenie wydatków z budżetu państwa na cele zdrowotne. Nie ufamy na tyle, aby na siebie przyjąć ciężar zwiększenia obciążeń ubezpieczeniowych, ale zasadnicza większość z nas już wie, że system stanął przed ścianą, której nie przebije żadna mądra głowa bez dodatkowej siły finansowej. Niezbędne jest zwiększenie dotacji budżetowych na konkretne deficytowe obszary opieki, w szczególności dostęp do specjalistów i terapii przy jednoczesnym stałym i profesjonalnym monitoringu efektów podejmowanych za te pieniądze działań.

Możemy też nadal odsuwać decyzje polityczne o dofinansowaniu służby zdrowia w nieskończoność, karmiąc tym samym frustrację społeczeństwa i wydając coraz więcej na świadczenia społeczne w ZUS w ramach rosnącej z roku na rok dotacji budżetowej, nie zapominając o innych transferach socjalnych. Przekładanie pieniędzy z kieszeni do kieszeni jest dość powszechne w gospodarce. Trudno jednak znaleźć w tym sens.

Autor: Dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, Dyrektor Centrum Kształcenia Podyplomowego Uczelni Łazarskiego, oraz Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego – akademickiego think-tanku zajmującego się badaniami i analizami w sektorze ochrony zdrowia.

Dziękujemy! Twój komentarz został pomyślnie dodany i oczekuje na moderację.

Dodaj komentarz