Reklama

Wszyscy dziś przegraliśmy: rezydenci, ja, pan, pani

Polityka Zdrowotna
11/10/2017 22:48

Podobnie jak wielu z moich znajomych sądziłam, że premier Beata Szydło pokaże dziś, że problemy ochrony zdrowia nie są jej całkiem obce. 

Rezydenci byli – jak sądzę – zmęczeni protestem, o czym może świadczyć to, że przerwali go i zwinęli całkiem swój majdan ze szpitala na Żwirki i Wigury, jakby mieli tam nie wracać. Wydawało się, że zobaczymy dziś na ich spotkaniu z premier scenariusz win-win. Wczoraj marszałek Senatu Stanisław Karczewski i minister z kancelarii premiera Henryk Kowalczyk rozbudzili nadzieję na zmiany. Sądzono, że Beata Szydło coś da, choć nie będzie to wiele, ale obieca jeszcze więcej. Obieca konkretnie nie mgliście. Jednak to co nastąpiło później smuci i to bardzo. Proponowanie im powołania kolejnego zespołu, które nie wiadomo ile miałby pracować to kpina.

Informacja przedstawiona przez Beatę Szydło nie zawierała niczego nowego. Niczego. A przypomnijmy, że chodzi nie tylko o płace młodych lekarzy, ale pieniądze na ochronę zdrowia, z których można by kupić więcej świadczeń, zainwestować w profilaktykę, kształcić i zatrzymać w kraju więcej kadr medycznych, bo średnia wieku medyka specjalisty to 55 lat i mówiąc oględnie – wykruszą nam się, a młodych część wyjedzie, a wielu wypali się z przepracowania.

Reklama

Czy Radziwiłł musi odejść?

Zwolennicy tezy, że problemom winien jest zbyt mało wpływowy w PiS i mało charyzmatyczny minister zdrowia powinni wyciągnąć lekcję z dzisiejszych wydarzeń. Ja od dawna miałam poczucie, że wina leży wyżej i zmiany personalne niewiele zmienią… no chyba, że ministrem zdrowia zostałby Antoni Macierewicz… ewentualnie Elżbieta Rafalska (o tym akurat wiele razy spekulowano).

Z dużą dozą prawdopodobieństwa każdy inny minister też odbijałby się od ściany. A mógłby pod innymi względami być gorszy. Ale oczywiście życie mogłoby nas też miło zaskoczyć. To co smuci, to że Radziwiłł tłumaczy rząd w tym, że pieniędzy na zdrowie nie daje, bo ma tyle różnych innych wydatków. Powinien zacięcie lobbować o pieniądze, pokazując resortowi finansów gotowe projekty, twarde dane, możliwe korzyści dla gospodarki. Choć mimo to i tak mógłby ponieść fiasko. 

Reklama

Zmiany ministrów to w resorcie zdrowia kupowanie sobie czasu – nowemu trzeba dać poznać sytuację, odbyć dziesiątki spotkań, potem powoła się kilka zespołów, a może na chwilę ludzie przestaną cisnąć o pieniądze. Gdy już będzie miał projekty to tak jak Radziwiłłowi i jego poprzednikom resort finansów będzie dawał uwagi, że wszelkie zmiany mają być dla budżetu bezkosztowe. A tak zdziałać się już da niewiele, a na pewno nie rozwiąże ważnych problemów. 

Biorąc pod uwagę antyzdrowotne działania obecnego rządu (tak, tak, daje dodatkowe miliardy, ale to głównie pieniądze spływające z naszych składek zdrowotnych z automatu, a nie jakieś bonusy) pod znakiem zapytania są też deklaracje dotyczące rozwoju Polski. Jedną z najczęściej wymienianych przyczyn wczesnego kończenia aktywności zawodowej przez Polaków jest stan zdrowia. Mamy też problem z absencjami w pracy. Generalnie do ZUS trzeba dokładać z budżetu państwa. Polacy siedzą na zwolnieniach czy wręcz rentach, bo trudno pracować gdy czeka się na operację lub popada się w niepełnosprawność np. z powodu braku rehabilitacji po udarze. Recepta – dajmy im prawo wcześniej iść na emeryturę. Zamiast operować stawy, zaćmy, usprawniać wypłacajmy świadczenia. Rachunek ekonomiczny, PKB, nie ma większego znaczenia, gdy wpędzamy ludzi w dezaktywizację, choć leczenie mogłoby być tańsze. Bo zdrowie wciąż nie jest traktowane jak inwestycja.

Reklama

„Zasys” medyczny

Wyjaśnijmy sobie, że oczywiście źle jest nie tylko w Polsce, ale pod względem wydatków na zdrowie zarówno kwotowo jak i w odniesieniu do PKB jesteśmy w unijnym ogonie. Publiczne wydatki na ten cel sięgnęły w 2015 r. 4,7 proc. PKB, gdy w Unii średnia wynosiła 7,2 proc. Patrząc na dane OECD za 2016 r. publiczne (w sensie nie dobrowolne) nakłady w Polsce wynosiły ok. 1,2 tys. dolarów na osobę rocznie i ze 35 państw należących do tej grupy niższe były w Chile, Turcji, Meksyku oraz Łotwie (dane dostępne tutaj). Nie patrząc na bogate kraje skandynawskie czy Luksemburg przyrównajmy się z sąsiadami. Niemcy publicznych  wydatków na zdrowie mieli blisko 4,7 tys. dolarów na osobę, Czechy 2,1 tys. a Słowacja ponad 1,7 tys. dolarów. 

Reklama

Ale nawet tam, gdzie wydają więcej oczywiście środków też jest za mało, ponieważ społeczeństwa starzeją się, a według prognoz polskie starzeć się będzie dużo szybciej niż inne. Kolejna państwa „budzą się” więc i tworzą wieloletnie strategie w zakresie organizacji, finansowania i rozwoju kadr. Wzorcem była Holandia, gdzie w latach 80-tych partie dogadały się między sobą, że niezależnie to wygra, realizować będą wspólny plan. Teraz kraj ten wygrywa w rankingach na najbardziej przyjazny pacjentom system. Poza planami ważne jest oczywiście tu i teraz, dlatego szereg państw, w ostatnim czasie zwłaszcza Wielka Brytania rekrutuje polskich lekarzy, ratowników, pielęgniarki. A my w tym czasie wciąż chcemy wierzyć, że wszyscy polscy lekarze zarabiają w naszym kraju krocie, mieszkają w willach, jeżdżą drogimi autami a wakacje spędzają w Afryce na safari lub przynajmniej w Cancun. Aż dziw czemu wyjeżdżają. Mam nadzieję, że protest rezydentów, choć części społeczeństwa otwiera właśnie w tej sprawie oczy. Jeśli lekarze zarabiają dobrze, to głównie w prywatnych gabinetach, ciągnąc drugi, trzeci etat, ale przecież chcielibyśmy by byli przyjmując nas wypoczęci, mieli czas na ciągłe podnoszenie kwalifikacji i leczyli nas za składkę z NFZ. A poza tym jest szereg ważnych specjalizacji, których w prywatnych gabinetach nie ma. I choćby neonatologia nie powinna zniknąć. 

Opozycjo, wstydź się!

Reklama

Przez ostatnich osiem lat Polcy i Polacy… ten obśmiewany zwrot (i słusznie) akurat w zdrowiu niesie ze sobą bolesną prawdę, bo osiem lat w ochronie zdrowia w dużej mierze zmarnowano. Z obiecywanych reform np. zastąpienia NFZ przez konkurencyjne fundusze, uporządkowania wyceny świadczeń, wprowadzenia mierników i premiowania jakości i wielu innych, nie zrealizowano prawie niczego. Mimo zapewne dobrych chęci, przez zaniechania dopuszczano do marnotrawienia pieniędzy i kadr – wielu specjalistów wyjechało, powstawały jak grzyby po deszczu placówki rozdrabniając kontrakty i kadry, za unijne pieniądze często kupowano sprzęt, który dublował sąsiednie inwestycje lub nie był wykorzystywany np. z braku kontraktu lub specjalistów (nie, to nie moja nieobiektywna opinia, to wnioski m.in. z raportów NIK oraz uwag jakie miała do nas Unia, która wstrzymała finansowanie, póki nie przyjmiemy map potrzeb zdrowotnych). A kwestiami płac zajmowano się wtedy, gdy były pożary i to z punktu widzenia pacjentów gorsze niż obecny u rezydentów. Lekarze zamykali gabinety, pielęgniarki odchodziły od łóżek i wtedy znajdowano jakieś środki na ugaszenie pożaru, ale nie próbowano zrobić tego systemowo. To akurat obecny minister Radziwiłł, a dokładniej jeden z jego zastępców, przygotował ustawą o płacach minimalnych w zdrowiu, ale ze względu na ograniczone fundusze na zdrowie zaproponowane stawki są niskie, a na dodatek placówki mają sobie poradzić z podwyżkami de facto same. Jakie kokosy wpisano w tą regulację? Otóż od 2022 r. minimalne wynagrodzenie lekarzy specjalistów pracujących na etacie będzie wynosiło niecałe 6,4 tys. zł brutto, lekarzy z pierwszym stopniem specjalizacji niecałe 5,9 tys. zł brutto,  bez specjalizacji ok. 5,3 tys. zł, a stażysty nie mniej niż ok. 3,7 tys. Mało, prawda?

I teraz na białym koniu przyjeżdżają byli ministrowie zdrowia Ewa Kopacz i Bartosz Arłukowicz, którzy nagle doskonale wiedzą co trzeba zrobić (na dużym poziomie ogólności) i „sprzedają” to w taki sposób jakby można było zrobić to od ręki, tylko PiS nie chce. Kopacz, lekarka, która była premierem i miała o wiele więcej do powiedzenia niż jej poprzednicy i następcy rezydujący w resorcie na ulicy Miodowej, ale nie zrobiła. Proponują uruchomienie na wyższe niż proponuje MZ podwyżki dla rezydentów większej puli środków z Funduszu Pracy (na który składają się pracodawcy by państwo mogło wypłacać zasiłki i aktywizować bezrobotnych). Tak jakby rezydenci byli w szpitalach samotnymi wyspami i nie istniało nic takiego jak choćby siatka płac. To, że ich opiekunowie, doświadczeni lekarze zarabialiby w wielu sytuacjach mniej… no cóż, niech sobie szpitale radzą. Tak jak radzą sobie z tym, że poprzedni rząd przyznał podwyżki samym pielęgniarkom, nie bacząc na to, że dwie osoby wykonujące np. te same zadania na rejestracji czy w karetce będą zarabiać diametralnie różnie. Wycinkowo nie da się tych kwestii rozwiązać. 

Reklama

Przestańmy wierzyć, że jakoś będzie. Nie będzie. Trzeba usiąść do stołu jak w czasie białego szczytu zorganizowanego przez PO-PSL, ale tym razem wdrożyć to co się ustali. Czeka 38 mln obecnych i potencjalnych pacjentów i przynajmniej pół miliona pracowników medycznych. 

Aleksandra Kurowska

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości