Pacjent się nie zna... Niech idzie tam, gdzie są pieniądze, bo kasa nie pójdzie za nim

27 Marca 2019, 9:13 rak prostata pacjent

Ostatnio głośno było o pacjentce, której przesunięto o kilka lat termin operacji "na NFZ". Z jednej strony mieliśmy 86-letnią kombatantkę, która płaci na NFZ składki, wybrała świetnie wyposażoną placówkę z dobrymi lekarzami, ale termin przesunięto jej o 9 lat. Z drugiej ów prywatny podmiot, który zainwestował "ze swoich", leczy na NFZ za stawkę tę co wszyscy, ale kontrakt ma mały, jeszcze przycinany, więc odsyła chorych w kolejkę. Z trzeciej NFZ, który stwierdził, że przecież pacjentka może się zoperować gdzie indziej o wiele szybciej. Warto spytać przy tym, dlaczego nie może tam gdzie chce, skoro placówka ma umowę z Funduszem. 

Materiał na ten temat przygotowany przez Marka Nowickiego z TVN wzbudził wiele emocji. 86-latka o nazwisku tym samym co ja (całkiem przypadkowo) czekała od lat na operację usunięcia zaćmy i jaskry. Miała się doczekać w czerwcu. Ale nagle szok - przyszło zawiadomienie, że termin został przesunięty o kolejne 9 lat. Wszyscy w tej sytuacji mieli swoje racje... ale warto szerzej zastanowić się nad tym, że dotyczy szerzej systemu ochrony zdrowia i fundamentalnych praw pacjentów jako klientów. 

 

Pacjent bazuje na opiniach

Zacznijmy od tego, że klinika, której dotyczyła sprawa jest po prostu przez pacjentów ceniona. Nie brała publicznych pieniędzy na sprzęt, lokal itp. Nie musieliśmy do niej dokładać z podatków. Jest w niej czysto, miło, są dobrzy specjaliści. Nie nagania klientów na operacje zaćmy w supermarketach jak zagraniczni konkurenci w ramach dyrektywy transgranicznej. Nie udziela się w telewizji, jak kliniki chirurgii plastycznej, by zachęcić do swoich usług. Podejrzewam, że większość pacjentów trafia do niej z polecenia.

Oczy to bardzo delikatny narząd, jeden z najważniejszych i ludzie są pewnie mniej skłonni do ryzykowania. I słusznie. O tym, że krótsza kolejka nie zawsze jest dobra przekonała się np. osoba z moje rodziny, która lepsze oko miała operowane w pierwszej kolejności w jednym z mazowieckich szpitali, a po operacji zostały jej takie blizny, że prawie nic nie widziała i na szybko, komercyjnie operowano gdzie indziej drugie oko, by nie straciła samodzielności. Drugą placówkę i lekarza rodzina wybierała wypytując szerzej znajomych, sąsiadów itp.

Pieniądze nie idą za pacjentem

Do kliniki, o której mowa też jest wielu chętnych. Ale... nie idą za nimi pieniądze z NFZ.
W jakim sensie nie idą? Oczywiście, jeśli mieszkam w Warszawie i tu płacę składki, a zoperują mnie w Małopolsce, to "mój" oddział NFZ to sfinansuje. Pieniądze nie idą w takim sensie, że jeśli ośrodek, który wybiorę będzie popularny, to wcale nie musi się przełożyć na kontrakt.

Najwygodniej w takiej sytuacji obwinić NFZ... Ale nie oszukujmy się, po pierwsze pieniędzy na leczenie brakuje. Po drugie nawet gdy są to choć szefowie oddziałów powinni wybierać najlepsze oferty, to są tylko ludźmi, związanymi chcąc nie chcąc z polityką poprzez ministra zdrowia, szefa NFZ itp. Nie mogą ze względu na liczne układy panujące od lat przekierować strumienia pieniędzy tam, gdzie pacjenci chcą się leczyć, nawet jeśli byłoby to za te same kwoty lub taniej.

Od lat obserwuje, gdy podejmowane są próby zmian układu i kończą się zwykle awanturą. Od lat przekładane jest - i przez PO i PiS - ogłoszenie w wielu zakresach świadczeń dużych konkursów, bo wiadomo, że byłyby kłopoty.

Niepisaną rolą NFZ jest poza dostarczaniem ubezpieczonym świadczeń, utrzymywanie kontraktów dla niektórych placówek. Nikt nie odbierze np. pieniędzy wielkim szpitalom resortowym, nawet gdy - co już się zdarzało - złożą źle ofertę i powinni odpaść. Ani też wtedy gdy np. nie spełnią jakiś wymogów. Od razu pojawiłyby się naciski. Nawet na poziomie placówek powiatowych takie próby kończą się pospolitym ruszeniem lokalnych polityków i posłów z danego okręgu.

Nie ma rejonizacji, NFZ nie wskazuje nam palcem gdzie się leczyć. Ale wskazuje wielkością finansowania. W przypadku opisywanej pacjentki w zaawansowanym wieku można by przejaskrawić: chcesz mieć pewność, że dożyjesz operacji? Idź gdzie indziej niż chciałaś.

Jakość i szybkość - nie zawsze w parze. Trudny wybór dla pacjenta

NFZ nagłośnieniem sprawy długich terminów operacji był oburzony... słusznie, ale tylko częściowo. Zwrócił uwagę, że pacjentce powinno się powiedzieć, że gdzie indziej zoperują ją szybciej. To oczywiście racja. Sama często pomagam znajomym znaleźć np. szybszy termin wykonania badania poza Warszawą. Ale nawet przy rezonansie czy tomografii, mam w tyle głowy, że nawet w takich świadczeniach miejsce może robić różnicę i ze względu na liczbę wykonywanych w ośrodku badań i wprawę personelu i na sprzęt. Przypomnijmy, że był już gotowy projekt wprowadzający minimalne standardy dla urządzeń, ale przepadł. W efekcie nadal część badań trzeba dublować ze względu na słabą jakość, a niektóre zmiany u pacjenta mogą być nie wykryte (zobacz: MZ wycofuje się z jakości w MR i TK? Jest protest).

Niech idą gdzie chcą?

Pacjent głowi się, czy przy jego problemie zdrowotnym brak kolejki to źle czy dobrze... Chciałby szybko, ale intuicja podpowiada czasem, że brak kolejki jest podejrzany, skoro u innych się czeka.

I tu dotykamy jednego z najważniejszych aspektów tej sprawy... Zespół medyczny zespołowi medycznemu nie jest równy. A szpital szpitalowi. To, że ktoś ma umowę z NFZ nie gwarantuje jakości. Oznacza tylko, że spełnił formalne minimum (w przypadku wymogów technicznych nawet i nie to).

Przed badaniem jakości, monitorowaniem zdarzeń niepożądanych, dostępem kluczowych informacji ułatwiających świadomy wybór placówki, kierownictwo MZ ucieka. A przecież ma gotowy projekt. Zostawił go przed odejściem wiceminister Piotr Warczyński. Tylko taki projekt to potencjalne kłopoty, bo wiele placówek i lekarzy ujawniania takich informacji nie chce. A przecież nie robi się świństw kolegom. Ministrami zdrowia są lekarze i gdy kończą misję wracają do zawodu... 

Jako pacjentka, nawet mająca nieco większe pojęcie o ochronie zdrowia niż przeciętny obywatel, nadal prawie nic nie wiem. Zastanawiając się np. jakie jest dobre miejsce na operację czy poród nie mogę pozyskać danych, które mogłyby mi ułatwić taką decyzję. A nie dostanę bardziej szczegółowych danych o placówce (liczba reoperacji, zakażeń, spełnianie norm Sanepidu), ani o lekarzach (np. ile operacji danego typu wykonują rocznie). To trochę podobny absurd jak przy badaniu jakości paliwa - ogłasza się ile stacji nie spełnia norm (np. dolewa wodę) - ale nie publikuje ich listy. Nawet Rzecznik Praw Pacjenta, nakładając karę na placówkę uporczywie zagrażającą zdrowiu i życiu pacjentów nie może podać jej nazwy (takie uprawnienia ma za to np. UOKiK). 

Jeśli głębiej pogrzebię, to z map potrzeb zdrowotnych uzyskam informacje o liczbie wykonywanych operacji, ale dla części zakresów i z danymi sprzed paru lat. Ale ilu pacjentów to zrobi i na ile są to wystarczające dane?

Nie tylko lekarze

Kolejny, mniej nagłaśniany wątek sprawy, ale dyskutowany, dotyczy tego, że w klinice, która stała się bohaterką materiału TVN w pewnym zakresie pracują Ci sami operatorzy, co w szpitalach, w których kolejka jest mniejsza. A są to placówki w tym samym mieście.

Pewnie wielu pacjentów lub ich bliskich może o tym wiedzieć, bo informacje o lekarzach sprawdzamy często w internecie, a wtedy wyświetla nam się więcej ich miejsc pracy. To pokazuje, że poza wprawną ręką liczy się dla pacjentów więcej, choćby ładne wnętrze, milsza i bardziej kameralna atmosfera, czas opuszczenia szpitala. Czy należy ich za to potępiać?

Choroba nie tylko okulistyki

Te same problemy dotyczą wielu dziedzin, są mocno widoczne m.in. w onkologii. Tu też pacjenci chcą mieć i dobrych lekarzy i dobre warunki. Niektórzy w ramach tego samego kontraktu wyraźnie podnoszą poprzeczkę. To dobrze, bo inni - teoretycznie - by nie tracić "klientów" powinni robić to samo. 

Na konferencjach i w oficjalnych pismach często się podkreśla, że pacjent nie jest w stanie ocenić jakości świadczenia. W takim razie pomóżmy mu opisując procedury, publikując statystyki. Tłumaczmy przy tym, że w szpitalach o wyższej referencyjności są trudniejsze przypadki i w zestawieniach mogą wypadać słabiej, ale jakie mają za to atuty.

Płacimy dwa razy

Teraz wielu pacjentów załamuje ręce i płacą podwójnie, by leczyć się tam, gdzie uważają, że będzie dla nich lepiej. Lub gdzie ominą kolejki. Z jednej strony płacą składki na NFZ, z drugiej finansują wizyty u lekarzy, a nawet część zabiegów.

Uwolnienie całkiem rynku nie jest realne, ale marzy mi się by ktoś podjął odważną decyzję i środki na zdrowie choć częściowo upodobnił do bonów edukacyjnych. Jeśli i tak muszę skorzystać z jakiegoś świadczenia np. operacji zaćmy (mam kwalifikację) czy porodu, to wybierając procedurę np. komercyjną mam zwracane dajmy na to 60 czy 80 proc. pieniędzy, które NFZ i tak by na mnie wydał. O 100 proc. nawet nie marzę. Korzystając z porodu w prywatnej klinice w Warszawie dostaje np. 2 tys. zł zwrotu - na czym korzysta i NFZ i pacjent.

Niesprawiedliwe? Dyskryminujące mniej zamożnych? Pewnie takie argumenty mogłyby się pojawić, ale teraz głównie udajemy, że opieka jest bezpłatna. Dane GUS wskazują, że na ochronę zdrowia wydajemy z własnych kieszeni coraz więcej. Na prywatne wizyty, na polisy i abonamenty (niestety odsetek tych z dostępem do świadczeń szpitalnych jest znikomy). I według różnych badań, byliby gotowi na wyższą składkę lub dopłaty, ale w zamian za jasno zdefiniowane uprawnienia (Pacjenci popierają współpłacenie, ale pod pewnymi warunkami)

W wyrobach medycznych takich jak protezy, wózki inwalidzkie, pieluchomajtki, opatrunki, pacjenckie dopłaty do lepszej jakości to ugruntowany standard. Przyzwyczailiśmy się i nikt tego nie neguje. Jest limit i dopłaty powyżej niego. W niektórych wyrobach jasno wykazano, że pacjenci masowo wybierają możliwość dopłaty w zamian za jakość.

Czemu w przypadku innych świadczeń udajemy? Powodów jest zapewne więcej niż jeden. Pierwszy to polityka. Lepiej dawać niż brać... i nie o wolny wybór chodzi, a iluzję że daje nam coś państwo (darmowe operację, bezpłatne leki w razie najcięższych chorób, 500 plus... a współpłacenie czasem rozumiane jest jako branie pieniędzy za coś co ma być darmowe). Drugi - na obecnym chaosie wiele osób zarabia. Komercyjne wizyty po stawkach nawet wielokrotnie wyższych niż płaci NFZ, komercyjne badania, komercyjne operacje... Do tego brak kontroli i jakości... No i olbrzymia władza w formie możliwości załatwienia opieki, wpuszczenia kogoś poza kolejką do wysoko ocenianej placówki. Gdyby politycy i ich bliscy, współpracownicy, znajomi stracili definitywnie taką możliwość, gdyby odczekali wiele miesięcy z problemem zdrowotnym na wizytę u specjalisty albo godzinami czekali na SOR z dzieckiem ze złamaną ręką lub z zapaleniem płuc, ochrona zdrowia w Polsce mogłaby już być inna. I pod kątem kolejek i jakości. 

Aleksandra Kurowska

Dziękujemy! Twój komentarz został pomyślnie dodany i oczekuje na moderację.

Dodaj komentarz

3 komentarze

Pacjent Piątek, 19 Kwietnia 2019, 19:36
W Katowicach w Klinice na operację usunięcia zaćmy czeka się 3 miesiące
Masdam Środa, 27 Marca 2019, 19:04
To ze ma maly kontrakt jest przejawem korupcji- pewnie sa takie placowki ktore maja duze kontrakty- to koledzy pracownikow nfz-CBA I PIS NIE UMIEJA SOBIE RADZIC Z NFZ
Prezes58 Środa, 27 Marca 2019, 10:38
Szanowna Pani Redaktor zapomniała wspomnieć o jednym - otóż w w tej warszawskiej klinice Mavitu nie znalazł się nikt na tyle przyzwoity, by powiedzieć pacjencie, że po wielekroć krótszym oczekiwaniu może mieć operacje w innej placówce.