Blokowanie programów lekowych: nierozwiązany problem

27 Sierpnia 2019, 10:38 rak nowotwór chemioterapia onkologia pacjent kroplówka szpital

O tym, jakie skutki dla pacjentów i lekarzy ma blokowanie programów lekowych jednych firm przez drugie opowiada onkolog dr Beata Freier. Problem ma charakter systemowy, ale rozwiązania na razie nie widać.

Wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski próbował zmienić przepisy, tak by jedne firmy innym nie blokowały wejścia do programów lekowych. Pomysł dużej nowelizacji przepisów refundacyjnych wzbudził kontrowersje i na razie jest zawieszony. Podejście firm farmaceutycznych do tej sprawy zależało od tego, czy są po stronie wchodzących do programu czy potencjalnie tracących część rynku. Padały argumenty m.in. dotyczące tego, że godząc się na obniżki cen w czasie negocjacji z Komisją Ekonomiczną, firmy planują na jaką liczbę pacjentów mogą w Polsce liczyć przez przynajmniej pierwsze lata refundacji terapii. Obecnie w przypadku przynajmniej kilku leków onkologicznych trwa procedura uzgadniania nowych zapisów. 

 

Aleksandra Kurowska: Pani doktor, brała pani udział m.in. w pracach nad pakietem onkologicznym. Jest pani też klinicystką leczącą pacjentów z rakiem jelita grubego. Dla których pacjentów brakuje terapii, a dla których są one dostępne?

Dr Beata Freier: Część terapii onkologicznych, także stosowanych w leczeniu raka jelita grubego, nie jest dostępnych nie tylko z powodu tego ile kosztują, ale dlatego, że jedne firmy blokują drugim wejście do refundacji.

Wyjaśnię o co chodzi. Po pierwsze, problem polega na tym, że obowiązujące obecnie programy terapeutyczne są tworzone wiele lat wcześniej. Po drugie, za ich zmienianie w większości nadal odpowiadają firmy farmaceutyczne, a nie to, co się dzieje w nauce i dobrej praktyce medycznej. Czyli potrzeby pacjenta nie są priorytetem.

Obecnie w przypadku jelita grubego przykładowo środowisko onkologów chciało wprowadzić w przypadku leku jednej z firm to, co właściwie jest już obowiązuje na całym świecie: jeśli pacjent nie może brać danego leku to można go odstawić, kontynuując pozostałe leczenie. Nie wszyscy pacjenci przez całą terapię reagują na nią dobrze i dlatego lekarz powinien mieć pole do jej zmieniania.

My jako lekarze mamy możliwość zredukowania dawki w terapii raka jelita do 85 proc., a następnie właściwie nie ma możliwości żeby pacjent przestał brać lek, bo wypada z programu lekowego.

 

AK: W przypadku, który Pani opisuje chodzi o główny lek w terapii?

BF: Nie. Nie jest to lek programowy – jest to składnik chemioterapii o dużej toksyczności. On odpowiada za szereg powikłań, w tym polineuropatię.

Chemioterapia, która towarzyszy lekowi z programu wymaga czasami zmniejszenia dawki lub odstawienia, a program zakłada łączenie jednego z drugim. W ramach programu dawkę można zmniejszyć tylko w pewnym zakresie, a leku absolutnie nie można odstawić. W związku z tym nasuwa się pytanie co zrobić z pacjentami, którzy już tego leku nie mogą brać, bo mają toksyczności tego leku. Co zrobić z pacjentami, którzy się na ten lek uczulili? Czy oni mają stracić program lekowy?

U jednego z moich pacjentów miałam ostatnio powikłanie pod postacią ostrej odpowiedzi immunologiczno-alergicznej, w postaci pełnej utraty płytek przez pacjenta. Ja nie mam już powrotu o tego leku, konkretnie oksaliplatyny. Chciałam kontynuować program, czyli lek na który pacjent najprawdopodobniej odpowiada, z pozostałą częścią chemioterapii, a de facto nie mogę.

 

AK: Co w takiej sytuacji robią lekarze? Zgodnie z przepisami powinni albo przestać pacjenta leczyć zestawem leków, co grozi rozwojem choroby albo leczyć na siłę wszystkimi wymienionymi w programie, choć chory źle na to reaguje?

Postaram się to wytłumaczyć,  sprawa jest tajemnicą Poliszynela.
W Polsce nauczyliśmy się obchodzić różne absurdy. Są dwie grupy – jedni lekarze mówią: nie ja pisałem program, nie ja będę się tłumaczył – więc ostatecznie wyłączają pacjenta z programu. Część lekarzy radzi sobie tak, że dzwoni do apteki i mówi: ja zamówiłem u was co prawda ten lek, ale go nie podam, więc go nie produkujcie. I oczywiście wykazuje go do sprzedaży, co jest złamaniem prawa za jakieś sto złotych, ponieważ placówka sprawozdaje do NFZ, że podano lek, a to nie jest prawda. Ale dzięki temu może rozliczyć inny lek, który pacjentowi jest potrzebny.

Prawdopodobnie większość robi tak, że zamawia lek, a w trakcie jego podawania po prostu lekarz decyduje, żeby akurat jeden lek odłączyć od pacjenta i wyrzucić go do zlewu.

Efekt? W każdym wypadku państwo płaci za niepodany lek i jest to w każdym wypadku jednak rodzaj złamania prawa – ale wśród lekarzy rozsądni ludzie i podejmują to ryzyko, by dać szanse pacjentowi na korzystanie z terapii.

 

AK: Mam od dawna wrażenie, że ochronie zdrowia, nie tylko w tym obszarze, żyjemy jak za okupacji. Żeby przetrwać trzeba kombinować, radzić sobie w gąszczu nie zawsze racjonalnych, a czasem wręcz sprzecznych przepisów.

BF: Osobie nie zajmującej się na co dzień refundacją można by to wytłumaczyć tak:  dostaje Pani lub Pan prawo jazdy tylko do jazdy po mieście, ale tylko dokładnie 50 km/h i nawet jeśli na drodze stoi znak ograniczenia do 40 km/h to Pani jedzie 50 km/h. A gdy z kolei jedzie Pani po obwodnicy śródmiejskiej i ograniczenie jest do 90 km/h to Pani dalej jedzie 50 km, nawet jeśli za Panią zaczyna ciągnąć się sznur aut. Takie zapisy to jest po prostu złe rozwiązanie.

 

AK: To czemu ich nie zmieniamy?

BF: Problem jest złożony. O to by był w danym schorzeniu program walczy firma, płacąc konkretne pieniądze za ocenę dokumentacji m.in. AOTMiT.  Po analizie informacji od producenta leku, badań naukowych, zbiera się Rada Przejrzystości, jest dyskusja o refundacji leki. A potem przez 5 albo 6 lat nic w tym programie się nie dzieje, chyba, że jakaś firma chce dołożyć coś nowego do programu, kolejny lek.

Ministerstwo Zdrowia z reguły nie chce robić nowego programu pod kolejny lek, więc dokłada lek do istniejącego. Wtedy, przy okazji, czasami jest robiony porządek w zapisach programu.

Oczywiście towarzystwo naukowe, konsultant krajowy i MZ mogą postulować i wprowadzić zmiany w programie, ale konia z rzędem temu kto to będzie to robił. Minister ma zbyt małą wiedzę w danej szczegółowej kwestii, urzędnicy podobnie, towarzystwa naukowe nie są właściwie do tego powołane, więc piszą pisma, ale nie występują jako strona w kwestii zmian w programach lekowych.

Ktoś za nową analizę w AOTMiT musi zapłacić, nie ma chętnego, więc czeka się aż firma zrobi ruch. Znów musi się zebrać Rada Przejrzystości i przegłosować nowe brzmienie programu. A przecież nauka idzie bardzo szybko do przodu, dzisiaj tych nowych leków pojawia się ogromna liczba i mamy istotny problem jakim jest nienadążanie programów za choćby rekomendacjami.

 

AK: Jak powinno to Pani zdaniem wyglądać – z perspektywy lekarki mającej kontakt z pacjentami i odczuwającej w praktyce wpływ przepisów i praktyk?

BF: Wybraliśmy taki system programów lekowych, który nie jest przyjęty ogółem na świecie. Tak na zdrowy rozsądek, po utworzeniu programu powinno się nim zarządzać. U nas wciąż jest pod górkę.

Niestety, mówiąc dosadnie, można odnieść wrażenie, że lekarzy jako osoby o wątpliwej moralności i wiedzy. Stąd sztywne zapisy m.in. programów lekowych, które nie pozostawiają zbyt wiele miejsca do indywidualnych decyzji.

Rozwiązania mogą być różne. Albo trzeba zmienić postępowanie i narzucić firmom wymóg aktualizacji co dwa lata, za nieduże pieniądze, programu – czyli narzucić taki system kontrolowania programu. Być może firmy mogą się zwracać do AOTMiT, a AOTMiT do konsultanta krajowego, żeby on powiedział czy coś należy zmienić – i to by chyba było rozsądne wyjście.

Z kolei lekarz powinien móc regulować leczenie zgodnie z nauką i rozsądkiem.

Spotykałam się w tym roku z lekarzami z większości ośrodków dolnośląskich i wielkopolskich – każdy radzi sobie inaczej. Niektórzy mówią, że to nie jest ich zmartwienie, bo nie tworzą warunków leczenia w Polsce tylko je wypełniają. I nie chcą się narażać, żeby naginać przepisy na potrzeby chorego. Są i tacy, którzy wychodzą z założenia, że pacjent nie jest winny niedoskonałościom systemu. Każdy z nas czeka na zmiany, które przyniosą nam uwolnienie leku albo systemu jego podawania.

 

AK: Jedna sprawa to aktualizacja programów np. zakresie dawek , druga włączanie kolejnych leków.

Często zmiana programu jest blokowana przez pozostałych graczy, wymienionych w tym samym programie, którzy muszą się na to zgodzić – ja tego nie jestem w stanie zrozumieć. Może firmy boją się, że stracą jakiś kawałek rynku, gdy lek konkurencyjny będzie można szerzej stosować. Ale powinniśmy myśleć przede wszystkim propacjencko. Obecny system jest chory. Firmy nie mające żadnego związku z lekiem, poza tym, że ich leki są w tym samym programie, mogą blokować np. zmianę w stosowaniu terapii konkurenta. I to jest jak wojna, w której padają nierzadko  argumenty  o niskiej sile naukowej. A tracą na tym chorzy i lekarze zaangażowani w opiekę nad nimi.

 

Polecamy także:

 

 

Dziękujemy! Twój komentarz został pomyślnie dodany i oczekuje na moderację.

Dodaj komentarz