K.Bukiel: łączenie pracy w publicznych i prywatnych placówkach, czyli "śmierdzące jajo"

21 Stycznia 2020, 15:01 Bukiel

Zakaz łączenia pracy w prywatnej i publicznej ochronie zdrowia mógłby być impulsem, który wyzwoli działania prowadzące do rzeczywistej naprawy publicznego lecznictwa. Lekarz skupiony na pracy w jednym miejscu to gwarancja normalności i dla pacjenta, i dla lekarza. Aby tak się stało trzeba poprawić wiele elementów, a pierwszym z nich musiałaby być realna wycena pracy lekarza w publicznych placówkach - ocenia Krzysztof Bukiel, przewodniczący OZZL.

Odpowiedzi może udzielić deklaracja majątkowa (opublikowana parę lat temu) innego, byłego senatora, również profesora, kierownika kliniki i ordynatora. Wynikało z niej, że profesor ów zarabiał miesięcznie ok 5,5 tys. złotych (nieco powyżej ówczesnej „średniej krajowej”) jako kierownik kliniki i ok. 90 tys. złotych jako właściciel gabinetu prywatnego.

Łączenie pracy w publicznych szpitalach z pracą w prywatnej ochronie zdrowia nie jest cechą jedynie profesorów, kierowników kliniki czy ordynatorów oddziałów szpitalnych. Do niskich pensji, otrzymywanych w publicznych placówkach dorabiają także inni lekarze. Specjaliści ze szpitala klinicznego w Warszawie, gdzie w roku 2017 miała miejsce głodówka rezydentów powiedzieli mi wprost, że godzą się na pensje w kwocie ok 4000 brutto/etat tylko dlatego, że „po godzinach” powszechnie dorabiają (znacznie więcej) w prywatnych „sieciówkach”.

Łączenie pracy w publicznej i prywatnej ochronie zdrowia – samo w sobie – nie jest czymś nagannym. Jednak w konkretnej sytuacji, w jakiej jest obecnie publiczne lecznictwo w naszym kraju, takie łączenie pracy w obu sektorach rodzi określone zagrożenia i stanowi – bodaj czy nie największą - przeszkodę w skutecznej naprawie publicznej ochrony zdrowia. Istnieje bowiem niepisana zgoda większości zainteresowanych, aby obecny stan zachować. Tymi zainteresowanymi są nie tylko lekarze dorabiający w prywatnych placówkach. To także dyrektorzy szpitali i rządzący, którzy – dzięki temu „dorabianiu” – mogą „zaoszczędzić” poważne kwoty na wynagrodzeniach lekarskich w publicznym lecznictwie. To także – paradoksalnie – pacjenci, którzy wizytę w gabinecie prywatnym profesora, ordynatora czy specjalisty pracującego w szpitalu – traktują jako „przepustkę” do szybszej, bezkolejkowej hospitalizacji. I nie jest tutaj ważne czy ta odpłatna wizyta rzeczywiście skraca kolejkę, czy i bez niej pacjent byłby przyjęty w odpowiednim czasie i leczony właściwie. Ważne jest przekonanie wielu chorych, że inaczej nie można. Prywatna ochrona zdrowia stanowi też istotne odciążenie publicznego lecznictwa, zwłaszcza w zakresie ambulatoryjnej opieki specjalistycznej, w której kolejki są szczególnie długie. Dzięki temu wielu chorych nie doświadcza męki wielomiesięcznych (wieloletnich) kolejek do specjalistów, a rządzący nie odczuwają tak silnej presji na poprawę tego stanu rzeczy, jaką by odczuwali, gdyby nie było prywatnej alternatywy dla publicznego lecznictwa.

Ten stan – wydaje się - wszystkim odpowiada: Pacjent nauczył się leczyć prywatnie, gdy potrzebuje pilnej pomocy, lekarz ma możliwość dorobienia do klinicznej czy szpitalnej pensji, a rząd cieszy się, że problem kolejek jest jakby mniej widoczny. Nawet wyraźna „pokusa korupcyjna”, która musi wystąpić w takich warunkach zdaje się nikomu nie przeszkadzać. Tkwimy – w ten sposób - w coraz większym teatrze pozorów pogłębiając patologię, która wszystkie strony prowadzi donikąd. Teoretycznie wszyscy o tym wiedzą, ale nikt nie chce ruszyć tego „śmierdzącego jaja”. Skutkiem tego stanu jest brak zainteresowania i brak presji, aby złą sytuację w publicznej ochronie zdrowia naprawić, aby uczynić ją wydolną, „bezkolejkową”, atrakcyjną dla lekarzy i pacjentów.

Dlatego zakaz łączenia pracy w prywatnej i publicznej ochronie zdrowia mógłby być impulsem, który wyzwoli działania prowadzące do rzeczywistej naprawy publicznego lecznictwa. Lekarz skupiony na pracy w jednym miejscu to gwarancja normalności i dla pacjenta, i dla lekarza. Aby tak się stało trzeba poprawić wiele elementów, a pierwszym z nich musiałaby być realna wycena pracy lekarza w publicznych placówkach. Czy rządzący zdecydują się na taki krok? Prowadzone właśnie rozmowy między Ministerstwem Zdrowia a Porozumieniem Rezydentów OZZL powinny – moim zdaniem –tego właśnie aspektu w znacznej mierze dotyczyć.

Krzysztof Bukiel – 21 stycznia 2020"

Źródło: OZZL

BPO   

Dziękujemy! Twój komentarz został pomyślnie dodany i oczekuje na moderację.

Dodaj komentarz

1 komentarz

Służba zdrowia wolna od korupcji... Środa, 19 Lutego 2020, 18:18
Szanowni Państwo, łączenie pracy w publicznej i prywatnej ochronie zdrowia JEST czymś nagannym i to BARDZO NAGANNYM. Prowadzi to w prostej linii do konfliktu interesów i przyzwolenia łapówkarstwa wsród lekarzy poprzez swego rodzaju "legalizację" łapówek. Pacjenci następnie w placówkach opłacanych przez NFZ są dzieleni na dwie kategorie - tych co chodzą prywatnie i całą resztę traktowaną gorzej (traktowaną paskudnie). Tak jak polityk nie może prowadzić działalności tak samo lekarz. Niestety każdy, kto korzysta z pieniędzy publicznych powinien podlegać przepisom zapobiegającym choćby myśleniu o korupcji. Zwłaszcza lekarze starszej daty tak rozwydrzeni i wykolejeni w swoich głowach braniem łapówek, że po podaniu im ręki patrzą na nią ze zdziwieniem, że nic tam się nie podało. PATOLOGIA a nie lekarze i TRZECI ŚWIAT a nie Państwo. Taka jest smutna prawda...