Ratownicy: pracujemy nawet 10 lat w oparciu o "śmieciowe umowy"

14 Lutego 2020, 10:56 Ratownicy

Parlamentarny Zespół ds. Systemu Ratownictwa Medycznego w czwartek (13 lutego) debatował o przyszłości i warunkach pracy w Państwowym Ratownictwie Medycznym Ratownictwa Medycznego. 

Mamy obawy, czy przy pełnej etatyzacji wystarczy ratowników medycznych do pracy w systemie. Myślę jednak, że długofalowo dojdziemy do momentu, że wszyscy będą pracować na umowy o pracę z opt-outami - powiedział w czwartek (13 lutego) Jan Gessek, dyrektor Departamentu Ratownictwa Medycznego i Obronności w Ministerstwie Zdrowia.

Ratownicy nawet 10 lat pracują na umowach "śmieciowych"

- Może wypowiem się na temat swojego podwórka, gdzie ok. 50 proc. osób zatrudnionych jest w formie umowy o pracę,. Reszta to uzupełnienie w postaci umów kontraktowych, nazywanych przez kolegów "wyścigiem szczurów", bo kto da mniej, ten dostaje pracę. Takie osoby, pracując np. 10 lat w systemie państwowego ratownictwa, tak naprawdę nie mają żadnych tzw. lat pracy, nie mają też perspektyw na emerytury, mają za to kontuzje i wyniszczenie organizmu - głównie dlatego, że są to zespoły dwuosobowe - mówił Wojciech Rogalski, przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego w Białymstoku. 

Ratownicy podkreślili, że przejście na etat pracownika jest "niezbyt mile widziane" wśród pracodawców.- Tymczasem pracownik kontraktowy sam musi sobie zapewnić strój, zapłacić za kursy, które nierzadko są drogie, a pięcioletni okres na zdobycie 200 punktów, które są wymagane od każdego ratownika, też kosztuje - wskazywał Michał Saniewski, kontraktowy ratownik medyczny.

Ratownicy: same etaty nie wpłyną korzystnie na system

Piotr Dymon, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Ratowników Medycznych podkreślał, że praca na kontrakcie powinna być "dodatkiem z chęci, a nie z konieczności". Aby tak jednak tak było należy przekazać celowane środki na wzrost finansowania ratownictwa.

Podkreślał potrzebę ujednolicenie sposobu zatrudniania i wynagradzania ratowników. - Różnice w wynagrodzeniach to od 1,9 tys. zł do 4 tys. zł pensji zasadniczej, To paradoks - stwierdzał Piotr Dymon.

Ratownik przyznał też, że odgórne narzucenie "jedynie etatów" nie będzie dobre dla systemu, bo istnieje ryzyko, że zabraknie ratowników do pracy.

-  Projektujemy takie rozwiązanie, które by finansowo nagradzało pracodawców, którzy tworzyliby trzyosobowe zespoły. Mam nadzieje, że uda się wypracować taki algorytm, którego jednym z komponentów byłoby takie premiowanie pracodawcy - mówił Jan Gessek. Konstatował, że opt-outy (oprócz etatów) to element, który umożliwi dodatkową pracę, w określonym maksymalnym zakresie, z zapłatą jak za nadgodziny i w formie "ozusowanej", z odprowadzaniem wszystkich składek.

- Ad hoc nie jesteśmy w stanie wypracować takiego rozwiązania, które zabezpieczyłoby ratowników przed rożnymi konsekwencjami pracy na kontrakcie, ale myślę, że długofalowo dojdziemy do tego, ze w systemie wszyscy będą pracować na umowy o pracę z opt-outami - ocenił szef ministerialnego departamentu.

Dziękujemy! Twój komentarz został pomyślnie dodany i oczekuje na moderację.

Dodaj komentarz

2 komentarze

Borys Sobota, 15 Lutego 2020, 17:08
Pan Dymon niech się odwali od kontraktów i zajmie się swoją nadwagą, bo efektywność takiego pracownika w ratownictwie ma dużo do życzenia. Proponuję wprowadzić testy sprawnościowe w ratownictwie. Jestem ratownikiem pracującym na kontrakcję i jest mi bardzo dobrze. Opłacam podatki i ZUS. Stać mnie na szkolenia i ubiór. Na umowie o pracę byłem traktowany jak śmieć. Musiałem prosić się o zgodę na pracę u innego pracodawcy jak chciałem dorobić, zarabiałem marne grozę, sam musiałem opłacać szkolenia a związki zawodowe w zakładzie pracy miały mnie głęboko w d....
Aaa Sobota, 15 Lutego 2020, 14:58
Srodkowy palec
..Tyle wart jest ten cały departament i pan wiceminister od spr.ratownictwa na czale z p.ministrem zdr.i całym obludnym rzadem.