Rozmowa z prof. Mariuszem Bidzińskim, nowym konsultantem krajowym w dziedzinie ginekologii onkologicznej

25 Lutego 2021, 1:14

"Mam nadzieję, że wprowadzenie Krajowej Sieci Onkologicznej spowoduje, że zaczniemy znowu leczenie onkologiczne centralizować. To bardzo istotne, bo jak pokazują statystyki światowe, kraje, które scentralizowały działania w zakresie onkologii mają widocznie lepsze wyniki leczenia."  - o nowych wyzwaniach w onkologii ginekologicznej, zmianach w procesie specjalizacji, badaniach genetycznych i jakości leczenia w Polsce z prof. Mariuszem Bidzińskim nowym konsultantem krajowym w dziedzinie ginekologii onkologicznej, rozmawiała Agnieszka Witkowicz-Matolicz.

 

Agnieszka Witkowicz-Matolicz, Polityka Zdrowotna: Od przyszłego roku w onkologii mają wejść w życie zmiany systemowe. Krajowa sieć onkologiczna przestanie być programem pilotażowym. I tu od razu pojawia się pytanie – czy i jak przysłuży się to ginekologii onkologicznej?

Prof. Mariusz Bidziński, Kierownik Kliniki Ginekologii Onkologicznej NIO, konsultant krajowy w dziedzinie ginekologii onkologicznej: Krajowa sieć onkologiczna będzie na pewno elementem porządkującym w tej chwili funkcjonujące rozproszone elementy. Ma za zadanie zorganizować leczenie onkologiczne na kilku poziomach. Poziom podstawowy to wstępna diagnostyka, która musi być zorganizowana tak, by chorzy z chorobą onkologiczną trafiali do ośrodków kompleksowej obsługi, czyli krótko mówiąc do placówek oferujących zarówno pogłębioną diagnostykę jak i dalsze leczenie. Mówiąc o pogłębionej diagnostyce mam na myśli diagnostykę genetyczną i zaawansowaną diagnostykę histopatologiczną. Mówiąc o leczeniu mam na myśli metody powszechnie uznawane za kompleksowe – czyli radioterapię, chemioterapię, chirurgię i wreszcie rehabilitację. Czyli krótko mówiąc – mam nadzieję, że wprowadzenie Krajowej Sieci Onkologicznej spowoduje, że zaczniemy znowu leczenie onkologiczne centralizować. To bardzo istotne, bo jak pokazują statystyki światowe, kraje, które scentralizowały działania w zakresie onkologii po pierwsze - mają bardzo dobrze funkcjonujące rejestry, wiedzą co się dzieje z punktu widzenia epidemiologicznego, a po drugie – mają widocznie lepsze wyniki leczenia. Im więcej chorych leczy się w jednym ośrodku, tym większe doświadczenie, większe możliwości kompleksowych i wszechstronnych działań. To się przekłada na efekty leczenia. Program pilotażowy zarówno w województwie świętokrzyskim jak i dolnośląskim pokazał, że sytuacja w onkologii wyraźnie się poprawiła. Na przykładzie tych dwóch województw – jednego mniejszego (świętokrzyskiego) i jednego większego (dolnośląskiego) można zauważyć wyższość scentralizowanego systemu nad dotychczasowym rozproszeniem. 

Dodatkową korzyścią ma być mierzenie skuteczności leczenia w poszczególnych ośrodkach, elementu porównania efektów osiąganych przez różne placówki. Do tej pory nie było to możliwe.

Zdecydowanie. Ewaluacja wyników jest niezbędna. W każdej branży, medycznej, czy innej trzeba co jakiś czas sprawdzać wydolność procesów. Trzeba porównywać wyniki i sprawdzać, czy udało się osiągnąć założenia. Jeśli udaje się osiągnąć założone cele to dobrze, idziemy w dobrym kierunku. Jeśli natomiast wyniki pokazują, że pewne elementy wymagają poprawy to należy je uwzględnić i poprawiać. W onkologii efektywność jest bardzo istotnym czynnikiem. Mam nadzieję, że ten czynnik będzie teraz  bardzo wyraźnie wskazywał placówki mogące pozostać w tak zwanym systemie i placówki, które albo będą musiały dopasować się do wymogów systemu, albo z niego po prostu odejść. 

Przyglądam się rozwiązaniom systemowym z punktu widzenia pacjentki, która właśnie dowiaduje się, że jest chora na nowotwór. W tej chwili z jej punktu widzenia system po prostu nie istnieje. To pacjentka, sama, tuż po diagnozie musi chodzić po różnych przychodniach i szpitalach, dzwonić do różnych recepcji, dopytywać, szukać leczenia. Na dalszym etapie musi sama weryfikować propozycje terapii oferowanych jej przez lekarzy, potwierdzać ich wiedzę. Czy wprowadzenie systemowych zmian wreszcie ułatwi życie pacjentek? 

A myśli Pani, że utrudni?

Mogę mieć nadzieję, że będzie to ułatwienie. W tej chwili osoby z diagnozą choroby nowotworowej przechodzą jednocześnie szkołę przetrwania i robią przyspieszony doktorat z onkologii. Inaczej nie można tego nazwać.

To jest właśnie ten ból. Zmęczeni są zarówno pacjenci jak i my, pracownicy ochrony zdrowia. Nam również trudno się funkcjonuje w takim chaosie. Jeśli przyjrzymy się krajom, które osiągają dobre wyniki w onkologii to widzimy, że zostały tam stworzone dobre systemy.

W Polsce w tej chwili systemy są właściwie tylko w dwóch obszarach. Pierwszy to położnictwo, gdzie stworzono system referencyjności. Dzięki temu wyraźnie spadły wyniki śmiertelności okołoporodowej. Na tej podstawie możemy powiedzieć, że wprowadzenie systemu prowadzi do rozwiązań, które są rzeczywiście skuteczne, efektywne i można powiedzieć też nisko kosztowe. Drugim obszarem, gdzie wprowadzono system jest kardiologia. Czy Pani dzisiaj słyszy, żeby ludzie umierali na zawały serca?

Teraz w pandemii – tak, wcześniej faktycznie zdarzało się to rzadko.

Pandemia rządzi się swoimi prawami, które są związane z różnymi elementami. Ale można powiedzieć, że te dwa obszary – położnictwo i kardiologia zostały naprawione poprzez działania systemowe. 

Teraz rozwiązania systemowe trzeba wprowadzać w kolejnych obszarach i onkologia jest tu kluczowa, ze względu na to, że fundamentem onkologii jest leczenie kompleksowe. Pacjent nie powinien sam szukać rozwiązań, bo to zawsze będzie powodowało zamieszanie i brak efektywności. Często podaję przykład Holandii. Tam stworzono systemy, rejestry, każdy pacjent może sprawdzić obiektywne wskaźniki mówiące o efektywności poszczególnych placówek, dzięki temu już na początku trafia do odpowiedniego miejsca. W Holandii ważną rolę w systemie odgrywa lekarz pierwszego kontaktu, który robi tak zwany screening. Przychodzi do niego na przykład pacjentka z guzem jajnika, lekarz pierwszego kontaktu zbiera wywiad, także wywiad rodzinny, ocenia, czy są tam niepokojące elementy. Bada marker, który jest bardzo istotny, robi USG i ocenia czy zmiana jest podejrzana. Jeżeli cyfrowy indeks ustalony na podstawie tych badań przekroczy wartość 250 – w ogóle nie dotyka się do tej pacjentki, tylko od razu kieruje ją do ośrodka referencyjnego. Ścieżka jest, krótko mówiąc, automatyczna - chora nie może pójść w inną stronę, bo system wymaga, by była pokierowana właśnie w ten sposób. Dzięki temu pacjenci ze sprawami onkologicznymi trafiają od razu do ośrodków onkologicznych, gdzie pracują duże, wielodyscyplinarne i doświadczone zespoły, które prowadzą diagnostykę, leczenie, rehabilitację i nadzór po leczeniu. Taki system jest wydajny i optymalny z finansowego punktu widzenia.

Z punktu widzenia polskich pacjentek to brzmi jak utopia…

Nie utopia, bo ten system w Holandii funkcjonuje już od dłuższego czasu. W Polsce też ścieżka była kiedyś bardzo scentralizowana. Profesor Koszarowski, który był, można powiedzieć motorem onkologii w PRL-u, stworzył w Polsce sieć w takiej formie, że delegacje z innych krajów z podziwem patrzyły na funkcjonowanie naszej onkologii. Nie wyobrażam sobie, by w latach 80-tych, kiedy zaczynałem pracę, pacjentka z nowotworem ginekologicznym nie była najpierw konsultowana w Instytucie Onkologii. Nie było takiej możliwości. Pacjentka musiała najpierw przyjechać na konsultację do Instytutu Onkologii, gdzie specjaliści z doświadczeniem oceniali czy może ona wrócić do swojego macierzystego ośrodka, czy ma zostać w Warszawie. Ten system działał bardzo skutecznie przede wszystkim z punktu widzenia zabezpieczenia zdrowotnego ludności, ale jednocześnie też z punktu widzenia odpowiedzialności lekarzy. Dziś prawnicy coraz częściej dopytują o błędy i nieprawidłowości w postępowaniu lekarskim i szpitalnym. W scentralizowanym systemie lekarze na niższych szczeblach w organizacji służby zdrowia byliby chronieni przed różnego rodzaju nieprzyjemnymi incydentami, choćby ze strony prawa. To dodatkowa korzyść, ale głównie chodzi o to, żeby stworzyć dobre rejestry, żeby stworzyć dopracowaną, dobrze i logicznie działającą ścieżkę dla chorych, którzy zyskają najlepszą usługę, jaką można im zaproponować. 

Od stycznia jest Pan krajowym konsultantem w dziedzinie ginekologii onkologicznej. Jak oceniłby Pan stan polskiej ginekologii onkologicznej w odniesieniu do światowych standardów?

Jeżeli chodzi o stan naszej ginekologii onkologicznej możemy powiedzieć, że on jest na niezłym poziomie. Nie chcę powiedzieć, że na bardzo dobrym, bo to nieprawda, ale nie mogę też powiedzieć, że ten poziom jest zły, to też nieprawda. 

W tej chwili brakuje nam specjalistów. W niektórych regionach braki specjalistów w dziedzinie ginekologii onkologicznej są bardzo wyraźne. W innych rejonach, na przykład w województwie mazowieckim, ginekologów onkologów jest bardzo dużo, na różnym poziomie wykształcenia.

Program specjalizacji, który był w Polsce realizowany przez długie lata, jest daleki od europejskich standardów.  W tej chwili jestem przewodniczącym zespołu, który pracuje nad nowym programem specjalizacji, który będzie zbieżny z europejskimi standardami. Wymogi wymagane kandydatom będą bardzo wysokie. Podniesiemy kryteria, podniesiemy długość staży i całej specjalizacji z 2 do 3 lat. 

Mam nadzieję, że w ten sposób osiągniemy podwójną korzyść. Z jednej strony wypracujemy lepsze standardy dla kolegów, którzy będą specjalistami z ginekologii onkologicznej, damy im szansę na większą samodzielność. A z drugiej strony – jeżeli dopasujemy polski program do programu europejskiego, to być może polski certyfikat będzie w pełni uznawany w innych krajach Unii Europejskiej. Mam nadzieję, że ten poprawiony plan specjalizacji uda się zrealizować w przyszłym roku

Co chciałby Pan dołożyć do programu specjalizacji, a co z niego usunąć?

W dotychczasowym programie specjalizacji było dużo teorii. A na specjalizację z ginekologii onkologicznej przychodzą przecież lekarze specjaliści w zakresie ginekologii i położnictwa. To są ginekolodzy po sześcioletnim szkoleniu, a nie lekarze prosto po studiach. Mają już doświadczenie i mogą być na przykład ordynatorami oddziałów położniczo-ginekologicznych. W związku z tym nie trzeba ich uczyć podstaw, a „doszlifować” do umiejętności potrzebnych w ginekologii onkologicznej, czyli stworzyć z nich onkologów. W ginekologii i położnictwie duża część materiału do opanowania to położnictwo, patologia ciąży. Tu trzeba o tych elementach zapomnieć i nauczyć onkologii, która jest coraz bardziej rozbudowana. Chodzi zarówno o część teoretyczną – genetykę czy immunologię, jak i praktyczną - głównie chcę tego człowieka przygotować do tego, żeby mógł wykonywać samodzielnie skomplikowane procedury medyczne, których nie miał szans poznać w ramach ginekologii i położnictwa. 

Zależy mi na tym, by szkolenie miało formę bardzo praktyczną, z teorią skompresowaną do najważniejszych elementów związanych ze współczesną onkologią, wspomnianymi: genetyką czy immunologią. To działy bardzo potrzebne i bardzo rozwinięte w naszej specjalności 

Powiedział Pan, że nasza ginekologia onkologiczna jest na niezłym poziomie. To co jeszcze trzeba ulepszyć, żeby dociągnąć do światowych standardów.

Musimy niewątpliwie zwrócić jeszcze uwagę na dwa kluczowe elementy. Pierwszy, to kwestia profilaktyki. W tej chwili, jak pokazują cyfry z 2020 roku, nie jesteśmy skuteczni w tym obszarze. Oczywiście są to dane z okresu pandemii, ale pokazują, że tylko 14% osób zgłasza się na badania cytologiczne w ramach bezpłatnego programu finansowanego przez NFZ. Ten wynik nie pozwala na uzyskanie z tego programu jakichkolwiek korzyści. Dlatego zamierzam w tym obszarze bardzo mocno działać razem z moimi współpracownikami, by pomóc wypracować pewne standardy w ramach podstawowej opieki zdrowotnej. Lekarze podstawowej opieki zdrowotnej mają w swoich zasobach położne środowiskowe, pielęgniarki środowiskowe, które mogłyby być skierowane do rekrutowania kobiet z grup wysokiego ryzyka. W programach profilaktycznych nie chodzi nam o kobiety, które raz, czy dwa razy do roku robią cytologię. One zadbają o to, by ewentualną chorobę wychwycić na wczesnym etapie. Powinniśmy poszukiwać tych osób, które przez 10 czy 15 lat nie były u ginekologa. To są osoby z grupy wysokiego ryzyka. I tu myślę, że położne środowiskowe czy pielęgniarki środowiskowe, które znają swoje podopieczne, mogą poprzez różnego rodzaju aktywność akwizycyjną zmobilizować je do przyjścia na badanie cytologiczne. Myślę, że nie jest to proste, ale tutaj nie lekarska głowa, a taka kobieca, jak przekonać jedną czy drugą panią. Myślę, że jeśli ta akwizycja się zwiększy, będzie to skutkowało lepszymi wynikami i niższą umieralnością. Nie jest to kwestia roku, czy dwóch, to kwestia przynajmniej dziesięciu lat, by osiągnąć wyraźny postęp w tym zakresie. 

Druga rzecz, którą bym chciał poruszyć i o której już wspomniałem, to budowanie systemu. Dziś w ginekologii onkologicznej mamy system rozproszony. Krótko mówiąc za leczenie chorych onkologicznych biorą się ośrodki, które mają małe doświadczenie. To trzeba w jakiś sposób sformatować. Budowanie referencyjności to ważny element w budowaniu sieci onkologicznej. 

I to są główne kierunki, które wyznaczam sobie jako konsultant krajowy: specjalizacja, profilaktyka i budowanie systemu ginekologii onkologicznej.  Plus do tego lobbowanie za udziałem coraz szerszej grupy leków molekularnie celowanych, których stosowanie można nazwać przełomem w leczeniu raka jajnika. Nie jest to może jeszcze cud, nie możemy mówić, że wyleczyliśmy raka, ale dzięki pomocy osiągnięć nowoczesnej medycyny nawet chorym z zaawansowanym rakiem jajnika możemy zaproponować jeszcze wiele lat życia. To nie bez znaczenia. W naszej rzeczywistości nie mamy jeszcze tych leków w pełnym zakresie w ramach naszego receptariusza. Dlatego będziemy walczyć, by się pojawiły. Trzeba określić oczywiście warunki brzegowe i kwestie finansowania, ale wydaje mi się, że przy dobrym określeniu celu w zakresie pozyskiwania konkretnych pacjentów, którzy rzeczywiście mogą z tego skorzystać możemy przyjąć, że ta liczba nie będzie monstrualnie wielka i możemy to sfinansować.

Poruszył Pan temat raka jajnika. Chodzi o to, żeby część pacjentek mogła dostać najnowocześniejsze leki nie po, a przed nawrotem choroby. Wtedy rak jajnika stałby się chorobą przewlekłą, a pacjentki mogłyby normalnie funkcjonować i wypełniać swoje role społeczne…

W tej chwili te nowe leki są dostępne tylko przy nawrotowej postaci choroby, a mamy już mocne dowody naukowe, że ich podanie przy nowo rozpoznanym raku jajnika, w leczeniu podtrzymującym, bardzo znacząco wydłuża czas do kolejnych epizodów choroby. Dlatego to leczenie powinno się znaleźć w naszym receptariuszu. Obecnie te procedury są analizowane przez Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji i mam nadzieję, że jeszcze w 2021 roku będziemy mogli to leczenie wdrożyć.

Rozumiem, że jest szansa, by te leki trafiły do pacjentek z nowo rozpoznanym rakiem jajnika jeszcze w tym roku. W onkologii czas ma ogromne leczenie. Pacjentki, które poznają diagnozę potrzebują leków teraz, a nie za kilka lat, bo za kilka lat może być dla nich za późno.

Myślę, że jest taka szansa aczkolwiek raczej bym się spodziewał drugiej połowy roku. Wszystkie procesy legislacyjne i uzgodnienia trochę trwają. Mam wrażenie, że 2021 rok mimo wszystko będzie rokiem, w którym tak zwany receptariusz się poszerzy.

Gdy ostatnio rozmawialiśmy o raku jajnika wspominał Pan o tym, że warto przy konsultacjach pacjentek z podejrzeniem tej choroby wykorzystać „zdobycz pandemii”, czyli telemedycynę. Jak telemedycyna może pomóc w leczeniu pacjentki, która z bólami podbrzusza trafia do powiatowego szpitala w swojej miejscowości?

Wyobrażam sobie, że ginekolog, który ogląda pacjentkę, która ma podejrzaną zmianę widoczną na USG i podwyższony marker mógłby się skonsultować za pośrednictwem wideokonferencji ze swoją wyznaczoną placówką konsultacyjną. Niech to będzie na przykład Narodowy Instytut Onkologii. Tu na miejscu grupa konsultantów w określonych przedziałach czasowych mogłaby odbierać takie informacje.

Lekarz przedstawia przypadek, mówi jakie są wyniki badań i nasi koledzy (mówię o tej grupie konsultantów) po zastanowieniu się jaki jest rzeczywiście problem mogą powiedzieć: „panie doktorze, umawiamy tę pacjentkę w Instytucie na konsultację konkretnego dnia o konkretnej godzinie na kwalifikację do dalszego leczenia”, albo: „panie doktorze, wydaje się, że ten przypadek może być jeszcze przez pana obserwowany, proszę za dwa miesiące powtórzyć badania i jeszcze raz się z nami skontaktować.”

To oczywiście nie odbiera inicjatywy lekarzowi. Ten lekarz też ma prawo decydować, ale taka konsultacja ułatwiłaby mu pewne rzeczy. W onkologii co trzy, albo co cztery głowy to nie jedna i łatwiej jest razem decydować. Poza tym, taka konsultacja to też furtka prawna. Jeśli zbierze się konsylium i konsylium podejmuje decyzję, to trudniej takiego lekarza oskarżyć o to, że zaniedbał pewnych czynów i procedur.

To też istotne z punktu widzenia psychologii. Lekarze często w obawie przed popełnieniem błędu i późniejszą odpowiedzialnością wolą zrobić coś „na wyrost” niż nie doleczyć pacjentki.

W onkologii jest reguła, że wspólnie konsultujemy pewne przypadki, nie ma jednego mądrego. Wielu chorym przywracamy zdrowie, niektórzy mogą powiedzieć o nas „bogowie”, ale onkologia wymaga pokory. Dlatego dobrze jeżeli nad przypadkiem zastanowi się trzech czy czterech lekarzy różnych specjalności, którzy spojrzą z różnych punktów widzenia. Wtedy wypracowanie optymalnej decyzji jest dużo łatwiejsze, a jednocześnie ta decyzja będzie bardziej optymalna niż wtedy, kiedy podejmuje ją jeden lekarz.

Rozmawialiśmy o raku jajnika, rozmawialiśmy o raku szyjki macicy, wśród nowotworów onkologicznych jest jeszcze rak trzonu macicy. Czy tu przewiduje Pan jakieś zmiany?

Dostaję od epidemiologów, którzy pracują w Krajowym Rejestrze Nowotworów niepokojącą informację, że Polska jest jednym z niewielu krajów w Europie, gdzie śmiertelność na raka trzonu macicy wzrosła. W większości krajów te statystyki śmiertelności wyraźnie spadły. Jest to dla mnie niepokojący sygnał, że coś się dzieje. Zastanawia mnie dlaczego nasze wyniki są gorsze niż w innych krajach. Czy to wina nieprawidłowo ustawionego systemu? Rak trzonu macicy to nowotwór, który zawsze się uważało za dobrze rokujący. Jeżeli statystyki epidemiologiczne wykazują, że u nas jest trend odwrotny, to trzeba się dobrze tym zająć, przejrzeć wszystkie elementy epidemiologiczne i wyciągnąć konkretne wnioski, dlaczego tak się dzieje. Ustalić, co jest powodem, że nasz zbiór pacjentów gorzej rokuje niż w innych krajach.

Kiedy można się spodziewać wniosków?

Najpóźniej do końca marca chciałbym dostać komplet informacji. Zwróciłem się do NFZ i do Krajowego Rejestru Nowotworów o przesłanie mi stosownych danych, żeby można było w grupie roboczej, którą powołam przeanalizować te wszystkie elementy i zastanowić się nad powodem tego, co się dzieje.

W ocenie rokowań pacjentek z nowotworami ginekologicznymi mogłyby pomóc badania genetyczne.

Badania genetyczne mają bardzo istotny sens. Dzisiaj każda pacjentka z rakiem jajnika powinna mieć wykonane takie badania. Takie są wszystkie zalecenia poważnych towarzystw onkologicznych czy towarzystw ginekologii onkologicznej. Tymczasem w Polsce badania genetyczne ma wykonane tylko 30% pacjentek z rakiem jajnika. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź znów brzmi: bo mamy rozproszony system.  Nie wszystkie placówki podpisały umowy z pracowniami genetyki mimo tego, że to jest refundowane. Dwie trzecie pacjentek nie ma wykonanych rekomendowanych badań genetycznych, co jest szkodą nie tylko dla nich ale też dla ich rodzin Jeżeli ktoś zachorował na raka jajnika, to w jego rodzina może mieć większe predyspozycje do zachorowania na inne nowotwory. Z punktu widzenia profilaktyki to grupa wysokiego ryzyka. Taką rodzinę należałoby wziąć pod lupę i sprawdzić, czy rzeczywiście nie ma tam agregacji pewnych czynników predyspozycji rodzinnych.. A druga rzecz – badania genetyczne i określenie mutacji to warunek niezbędny do zastosowania pewnych leków. Pozbawiając pacjentki badań zabieramy im szansę na optymalne leczenie. Powtórzę jeszcze raz: każda pacjentka z rakiem jajnika powinna mieć zrobione badanie genetyczne. W Polsce ma je robione tylko 30%

Czy genetyka może być pomocna w leczeniu raka trzonu macicy?

Tak, w tej chwili jest nowa klasyfikacja molekularna. Natomiast w Polsce jest niewiele pracowni genetycznych, które wykonują takie badania molekularne. Znowu wracamy do spraw systemowych. Myślę, że przy koncentracji tych przypadków w określonych jednostkach można by wszystkie pacjentki takiemu badaniu poddać. To są badania w kierunku genów naprawy DNA i genów POLE. Jeśli ten gen jest zmutowany, to rokowania są lepsze. Tu mutacja działa na korzyść pacjentek. 

Jest szereg elementów genetycznych, które mogą nam poprawić kwalifikację chorych do leczenia uzupełniającego czyli krótko mówiąc pacjentki po leczeniu chirurgicznym są poddawane jeszcze wielu zabiegom dodatkowym czyli radioterapii czy radio- i chemioterapii. A być może, że te właśnie czynniki mogą nam pomóc w wyborze bardziej oszczędzających metod leczenia – na przykład tylko chirurgii bez dodawania bardziej inwazyjnych metod, które mają szereg działań toksycznych. Dlatego diagnostyka molekularna jest tak istotna, a w tej chwili w Polsce prowadzi ją niewiele jednostek. 

Wspomniał Pan o oszczędzających metodach leczenia.  To bardziej nowoczesne podejście w onkologii, kiedy myśli się tylko nie tylko o tym, żeby pozbyć się raka, ale też, żeby pacjentka zachowała komfort życia. Czy w ginekologii onkologicznej wciąż są takie obszary, gdzie nieco na wyrost stosuje się pewne procedury medyczne, a zgodnie ze światową wiedzą nie jest to niezbędne? Co można poprawić, żeby pacjentka była zdrowa, a jednocześnie, żeby po leczeniu miała lepszy komfort życia?

W każdym rodzaju nowotworu ginekologicznego jest grupa pacjentek, które mogą mieć zastosowane leczenie oszczędzające. W inwazyjnym raku szyjki macicy jeżeli guz jest do 2 cm możemy zastosować tak zwane zabiegi oszczędzające z pozostawieniem możliwości prokreacji. Nie jest już herezją jeżeli ktoś powie „miałam raka szyjki macicy, a potem urodziłam dziecko”, „miałam raka jajnika we wczesnym stopniu zaawansowania i potem urodziłam dziecko”, „miałam raka trzonu macicy, który rozpoznano wcześnie i nie musiałam się poddać leczeniu bardzo radykalnemu i potem urodziłam dziecko”. To są rzeczy oczywiste. Musi to być robione przez specjalistów, którzy temat dobrze rozumieją i mają też możliwości prowadzenia działań protekcyjnych. W moim zespole w Narodowym Instytucie Onkologii powstał specjalny zespół onkofertility, zajmujący się zachowaniem płodności u kobiet, leczonych onkologicznie czy po przebytym leczeniu onkologicznym. Stosujemy różne metody łącznie z mrożeniem komórek jajowych i zarodków. Mamy też możliwość pobierania tkanki jajnikowej, mrożenia jej j i potem po leczeniu przeszczepiana tej tkanki, która podejmuje czynność hormonalną. Te działania na Zachodzie są już mocno rozwinięte. W Polsce dopiero zaczynamy o tym rozmawiać, bo była duża przepaść mentalna jeżeli o chodzi o działania w zakresie oszczędzania płodności. Na razie finansujemy to w ramach programu przeciwdziałania niepłodności, bo nie ma w Polsce innej możliwości. Mówimy tu o ciężko doświadczonych ludziach, którzy mogą po zakończonym leczeniu cieszyć się nie tylko własnym zdrowiem, ale również mogą posiadać potomstwo i to jest ważna rzecz, która też z punktu widzenia jakości życia chorego po leczeniu onkologicznym jest nie bez znaczenia.

Czy jako krajowy konsultant będzie Pan zajmował się zwiększeniem dostępności do procedur onkofertility i promocji tych procedur? W tym obszarze są dwa problemy – bariera mentalna i bariera finansowa, bo nie ma refundacji.

Powołałem zespół, który tworzy rekomendacje w tym zakresie. Mam nadzieję, że powstaną one w niezbyt odległym czasie, w ciągu kilku miesięcy. Gdy te rekomendacje będą stworzone - wystąpię do ministerstwa z wnioskiem, żeby wprowadzić te procedury do katalogu procedur finansowanych przez państwo. Taki jest porządek działań. W każdym razie ja jestem w to absolutnie zaangażowany, temat zachowania płodności jest mi na tyle bliski, że bardzo mocno rozpropagowałem to tutaj w Instytucie, otrzymałem bardzo duże wsparcie Dyrekcji. Ten system w 2021 roku w pełni zacznie funkcjonować nie tylko w teorii, ale też w praktyce.

To mocno trzymam kciuki, by pacjentki mogły z niego jak najszybciej i w jak najszerszym zakresie korzystać

Koledzy z mojego zespołu zrobili już kilkanaście zabiegów pobrania tkanki jajnikowej. Mają już w tym zakresie sukcesy. To już nie są dyskusje o tym, jak wprowadzić plan w życie. On już funkcjonuje. Mamy też ścisła współpracę z kolegami z zespołów nowotworów piersi prof. Noweckiego, czy z zespołu nowotworów układu chłonnego prof. Walewskiego. Tam pojawia się dużo młodych kobiet, które mają zaproponowane toksyczne leczenie i którym trzeba pomóc zachować płodność. Tak, że wszystko zaczyna żyć i mam nadzieję, że to będzie rzeczywiście życie aktywne.

Czy w zakresie onkofertility zamierza Pan też działać jako konsultant na skalę ogólnopolską? Chodzi mi o promocję wiedzy na ten temat. Pacjentki często pytają – do kogo się zgłosić w Olsztynie, Lublinie czy we Wrocławiu. Szukają lekarzy, którzy im powiedzą, że ciąża po raku jest możliwa.

To jest bardzo ważny element. Zaczynamy tworzyć pewną sieć. Pojawia się też współpraca z samorządem, jak na przykład w Poznaniu. Tam bardzo aktywnie działa pani doktor Kufel-Grabowska, która od wielu lat jest zaangażowana w program onkofertility. W Gdańsku działają pan profesor Jassem i pan profesor Łukaszuk, w Krakowie zespół prof. Roberta Jacha. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że cała Polska jest pokryta tą mapą, ale od czegoś zaczynamy i mam nadzieję, że to będzie aktywnie żyło. Osób, które chcą zachować płodność po leczeniu jest coraz więcej, ale nie są to gigantyczne liczby. W związku z tym na razie w Polsce wystarczyłoby kilka – pięć, sześć sprawnie działających ośrodków. Docelowo uważam, że taka placówka powinna powstać w każdym województwie. Powinni tam pracować ludzie, w tym onkolog i ginekolog, którzy będą mogli udzielić profesjonalnej informacji, a później zrealizować działania mające na celu zachowanie płodności pacjentki po leczeniu onkologicznym, jeśli pacjentka się na to zdecyduje.

To jeszcze na koniec Panie Profesorze nie byłabym sobą, gdybym nie poprosiła Pana o jeszcze o trochę nadziei. Dziś, także w obszarze ginekologii onkologicznej, możliwości medycyny są coraz większe.

Powiem krótko. Moja statystyka zaczęła się w 1987 roku, kiedy przyszedłem do Instytutu Onkologii jako młody człowiek. Wtedy sekretarka mojego szefa, który już nie żyje, pan prof. Zieliński, znakomita postać, powiedziała tak: „proszę pana, co pan zrobił? Pan przyszedł tutaj z położnictwa, gdzie się ludzie rodzą? A tutaj ma pan wyłącznie ludzi, którzy umierają”. Myślę sobie: „o rany, to mi tutaj zadała…”. Po pół roku byłem przekonany, że onkologia to dobry wybór, a po pięciu latach byłem już bardzo przekonany. Dzisiaj mam pacjentki, które mówią: „panie doktorze, już dziesiąty rok do pana przychodzę! Piętnasty rok do pana przychodzę, nie wiedziałam, że tyle będę żyła!”. I to są moje kwiatki, które powodują, że chce się żyć dla onkologii.

I niech to będzie pointa naszej rozmowy. Bardzo dziękuję.

Profesor Mariusz Bidziński 1 stycznia 2021 roku prof. dr hab. n. med. Mariusz Bidziński, kierownik Kliniki Ginekologii Onkologicznej, został konsultantem krajowym w dziedzinie ginekologii onkologicznej. Ukończył studia na Akademii Medycznej w Warszawie. Stopień naukowy doktora habilitowanego uzyskał w 1999 w Centrum Onkologii – Instytucie im. Marii Skłodowskiej-Curie w oparciu o pracę Analiza zaburzeń gęstości mineralnej kości oraz ocena wybranych farmakologicznych metod przeciwdziałania im u kobiet leczonych z powodu raka trzonu macicy. Tytuł naukowy profesora nauk medycznych otrzymał 21 grudnia 2007. Uzyskał specjalizację II stopnia w zakresie położnictwa i ginekologii (1987). W 2014 został kierownikiem Oddziału Ginekologii i Patologii Ciąży w Szpitalu Inflancka w Warszawie. Od 1982 do 1988 był pracownikiem dydaktycznym Akademii Medycznej w Warszawie. Jako nauczyciel akademicki związany był również z Wydziałem Medycznym Uniwersytetu Rzeszowskiego. Jest także profesorem zwyczajnym w Instytucie Pielęgniarstwa i Położnictwa na Wydziale Lekarskim i Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. (źródło: Narodowy Instytut Onkologii)

Dziękujemy! Twój komentarz został pomyślnie dodany i oczekuje na moderację.

Dodaj komentarz